Tak wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że raz do roku zdarza się okres, kiedy dzieci nie idą do szkoły (w ciągu ostatnich dwóch lat to w sumie dzięki związkom zawodowym i pseudoepidemii dzieciory w ogóle rzadko w szkole były. W sumie chyba więcej ich tam nie było, niż byli). Kiedy jest ciepło i warto byłoby swoje tłuste i leniwe cztery litery zwlec z kanapy i poobcować z przyrodą. Najlepiej na zatłoczonej, jak szlak uchodźczy do Europy plaży, nad zimnym, brudnym i zakwitłym sinicami Bałtykiem, albo w równie zatłoczonych górach.

Czemu tu tak drogo

I ruszają tłumy Polaków, żeby złapać trochę Słońca i odpocząć. Część z nich, zwłaszcza młodszych funkcjonuje na kształt hordy. Wpaść do baru, spróbować go ogołocić ze wszystkiego co nadaje się do wypicia i popędzić dalej. Ponieważ wiedza Polaków o ekonomii jest podobna, jak wiedza o geopolityce, historii, czy astronomii po wyjeździe następuje dysonans poznawczy. A dotyczy on lokalnych cen. "U mnie w Radomiu kebab kosztuje 3 zł mniej, niż w Sopocie" - mówi pan Janusz. Pan Zdzichu z kolei dodaje "Jakbym se rybę złowił bez karty wędkarskiej u siebie w Radomce to byłaby za darmo, a tu dorsz kosztuje 80 zł za porcję". Natomiast Grażynka nie może dojść do siebie po tym, jak zobaczyła w Mikołajkach gofera z cukierem za 22 złote. „W Sosnowcu byłoby to nie do pomyślenia. Tam gofera z cukierem kupiłabym za 9 złotych” – żali się niemieckiej gazecie „Fakt”.

Dlatego wkurza mnie akcja we wszelakich, a zwłaszcza niemieckich me(n)diach - jak to w Polsce jest drogo. Tak jest drogo. I będzie jeszcze drożej. Popyt na noclegi, jedzenie w knajpach i alkohol jest taki, że hotelarze, właściciele pensjonatów i knajp, czy ajenci budek gastronomicznych mogą podnieść ceny. A przy obłożeniu ich wszystkimi podatkami i daninami lokalnymi muszą podnieść ceny. Ponieważ zawsze ktoś wynajmie pokój, czy kupi rybkę. Proste prawo popytu i podaży. O którym większość z naszych współrodaków nie ma zielonego pojęcia. W końcu w szkole z zasady nie uczy się o rzeczach potrzebnych. Takich jak podstawy ekonomii. Dlatego 90 procent Polaków nie wie, jakie podatki płaci, a 30 procent myśli, że nie płaci żadnych podatków.

Masz wybór

Pan Bóg obdarzył nas dwiema rzeczami: rozumem i wolną wolą. I tylko od nas zależy, czy z tego skorzystamy i w jaki sposób. Gdy człowiek jest dorosły to ma, albo przynajmniej powinien mieć własny mózg. A także umiejętność liczenia i wolny wybór. Przynajmniej powinien mieć. Tak więc może wybierać - albo jedzie i płaci, albo nie jedzie i nie płaci. Jest jeszcze opcja trzecia jedziesz - wynajmujesz chałupę 30 km od Zakopanego z noclegiem w stodole, bo taniej. Kupujesz skrzynkę piwopodobnego, najtańszego sikacza bez chmielu w Lidlu. Uzupełniasz najtańszym ścierwem - produktem kiełbasopodobnym z Biedry i grilujesz u góralki na podwórku przez tydzień. Wtedy masz wczasy po taniości. Jest też inna opcja - możesz jechać latem za tą samą, a często mniejszą kasę w tropiki. Czego nikt rozsądny latem nie robi, chyba że lubi 55 stopni na Słońcu. Jak ktoś ma ochotę się umordować to proszę bardzo. Tak więc jest drogo, ale każdy ma wybór. Czy kupić, czy nie.

Nie dla bonu

Za to bon turystyczny z naszych podatków to jest skończone draństwo. Bo zaburza rynek, który i tak by sobie poradził oraz podnosi ceny towarów i usług, przez co płacimy dwa, a nawet trzy razy - zarówno w cenie, jej podwyżce, jak i w podatkach na bon. To przelewanie pieniędzy z kieszeni podatnika do pewnego sektora gospodarki, który i tak bez nich doskonale by sobie poradził. I jednoczesne zwiększanie dostępności do wczasów, co oznacza podnoszenie cen, zarówno noclegów, jak i jedzenia, alkoholu, czy usług, ponieważ jest to ze sobą powiązane.

Jest jeszcze opcja czwarta - bukujesz bilety lotnicze dziewięć miesięcy wcześniej, wyszukujesz sobie tani, ale porządny nocleg na miejscu i masz dwa tygodnie na Filipinach, Karaibach, albo w Ghanie w cenie trzech tygodni w Rewalu, Mikołajkach, czy Zakopanem. Moszna? Moszna? Tylko trzeba chcieć i odrobinę pomyśleć. A z tym ostatnim niestety w narodzie jest coraz gorzej.