Już jakiś czas minął od burzy wyborczej i związanych z tym emocji. Wydawałoby się, że nie ma powodu, aby do tego wracać. Ale warto pokusić się o refleksję nad spolaryzowanym społeczeństwem, bo skutki jej przekładają się na nasze życie codzienne. Wydaje się, że już na trwałe Polska podzieliła się na tych, dla których najważniejsze są w życiu takie wartości jak: dobroć, uczciwość, patriotyzm, dbanie o dobro wspólne i na tych dla których liczy się hedonizm, życie w myśl zasady, aby było nam dobrze.

Pierwsza grupa jest passe, staroświecka, która powinna zejść już do podziemia. Druga chce tworzyć nowy wspaniały świat. Odwołując się do słów niedoszłego na szczęście prezydenta Polski Rafała Trzaskowskiego – liczy się tylko swing i słońce. Nie żadna wspólnota, zobowiązania wobec innych. Jestem sam i ważne, aby mnie było dobrze, abym był szczęśliwy.

W imię tej zasady tworzy się nowego człowiek. Zdaniem prof. Andrzeja Nowaka potężne medialne narzędzia urabiania opinii „mają przekształcić demos, obywateli w pokorne masy, które ulegając instynktowi stadnemu, przyjmą w końcu biernie ideologię totalnej emancypacji, wykorzenienia z tradycji, z rzeczywistości”. W jakim idzie to kierunku, widać wyraźnie w działaniach liberalnej lewicy, która chce burzyć stare wartości – rodzinę, religię, chce zniszczyć nasze korzenie chrześcijańskiej cywilizacji i zastąpić je tęczowym światem, w którym nie istnieją żadne zasady moralne, wszystko jest płynne i wszystko dozwolone. Niepokojące, że duża część młodzieży daje się złapać na ten haczyk i w imię fałszywie pojętej wolności, tolerancji podejmuje walkę o bezideowy świat.

Walka o nowego człowieka opiera się na dwóch filarach – pierwszym jest szeroko pojęty hedonizm, drugim minimalizm, obojętność.

Bezmyślność, minimalizm, przyziemność niszczą naszą psychikę i kształtują nam życie, które możne scharakteryzować napis na T-shirtach: „Nie wiem, nie orientuję się, zarobiony jestem”. W każdym sondażu, przeprowadzonym obojętnie na jaki temat jest rubryka – nie mam zdania. Niestety liczba odpowiedzi klasyfikujących się w niej jest niemała. Nie wiem, nie interesuje mnie to, zarobiony jestem. Moja opinia nikomu nie jest potrzebna. Ważny jest mój mały światek, który sobie stworzyłem i o który muszę dbać. Inne sprawy mnie nie obchodzą. Jakieś wzniosłe idee, spojrzenie na drugiego człowieka, przyjście mu z pomocą, nie interesuje mnie. I nie jest nawet istotne, że ludzie tacy przyznają się do swojej niewiedzy, ale że z całą świadomością chcą tkwić w niej nadal, budując na niej swoje racje i nie przyjmując do wiadomości, że są one błędne. Bardzo łatwo przeradza się to w pychę i tworzy barierę nie do pokonania. Ludzie zamknięci jedynie w swoich problemach, mający jedną odpowiedź na szersze zagadnienia – nic na to nie mogę poradzić, mam swoje problemy, w kluczowych sytuacjach przyczyniają się do bezmyślnych wyborów.

Kolejnym naszym zagrożeniem jest narodowy minimalizm. Musimy zdawać sobie sprawę z naszego położenia geopolitycznego i związanych z nim aspiracji. Nie oznacza to jednak zgody na ciągłe czołganie się w ogonie możnych tego świata, płynięcie we wspólnym nurcie ciepłej wody. Nie oznacza to zgody na uprawianie „polityki wstydu” i działania w myśl zasady – jesteśmy zaściankiem świata, nie możemy się wychylać, musimy podchodzić krytycznie do naszych kart historii. A najlepiej siedzieć cicho i potakiwać brukselskim urzędnikom. Z taką polityką powinniśmy już dawno zerwać. Jesteśmy dużym narodem w środku Europy, znamy swoje uwarunkowania, ale i znamy swoje atuty: potencjał gospodarczy, świadomość społeczną, przywiązanie do wartości moralnych, religijnych. Potrafimy ocenić możliwości zarówno naszych przeciwników jak i sojuszników.

Żebyśmy potrafili sprzeciwić się tylko nowemu rajowi, proponowanemu przez lewicę, zwiększyć zaangażowanie społeczne, polityczne i zachować zdrowy rozsądek oraz nie porzucić naszej wierności religii, normom społecznym, to możemy być spokojni o naszą przyszłość.

Iwona Galińska