Po pierwsze, uderzył mnie rozmach imprezy. Od września do listopada edycje festiwalu odbywają w największych miastach Polski: Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Bydgoszczy, Wrocławiu i Katowicach. W stolicy festiwal odbył się w kinie studyjnym, ale popularnym i prestiżowym. Z tej okazji hol kinowy kino został udekorowany tęczowymi flagami. Program festiwalu składał się z 32 filmów, większości pełnometrażowych. Widać w tym ogrom pieniędzy i organizacji. Nie pasuje to z prezentowanym wizerunkiem tzw. osób LGBT, które mają być na marginesie społeczeństwa. W dodatku mówimy tu o niewielkiej grupie ludzi, która doczekała się tylu produkcji, ile nie poświęca się nawet dużo większym społecznościom. Nawet na festiwalach filmów katolickich, rzekomo reprezentujących prześladującą większość, nie ma tylu profesjonalnie zrobionych produkcji. Sam organizator przyznał zresztą: „W ciągu 10 lat LGBT Film Festival stał się największym w Europie Środkowo – Wschodniej wydarzeniem kulturalnym, prezentującym kinematografię z pojemnego, kolorowego parasola LGBT+”.

Zaglądam do programu i już pierwsze słowa ociekają ideologią i absurdem. Są to słowa powitania: „Drogie osoby!” (po angielsku „Dear people” – też źle brzmi, ale nie aż tak głupio jak po polsku). Dalej jest tylko gorzej – mowa jest o Polsce jako najbardziej homofobicznym kraju Europy, ataku polityków i policji na LGBT, tęczy jako symbolu walki o szacunek, w którym niektórzy dopatrują się symbolem znieważenia. Mowa jest nawet o tym, że żyjemy w niebezpiecznym kraju, to znaczy jak rozumiem, jak „osoby LGBT” są zagrożone w Polsce.

Pierwszy film w katalogu „A potem tańczyliśmy” opowiada o tym, jak jeden z chłopaków w grupie baletowej staje się obiektem pożądania dla drugiego. Następny „Łowca” jest o chłopaku który odkrywa swoją seksualność i zakochuje się w mężczyźnie. Okazuje się, że ten nagrywał bez jego wiedzy, jak uprawiali seks. Kolejny film „Normal” bada „konsekwencje bezkrytycznego poddawania się dyktatowi heteronormatywności”. Inne filmy skupiają się zwłaszcza na relacjach homoseksualnych i lesbijskich. W wypadku „Przyszłość należy do nas” wątek miłości między mężczyznami jest wzbogacony o walkę z rasizmem. Akcja dzieje się w obozie dla uchodźców w Niemczech i pokazuje miłość między Niemcem i Irańczykiem. Na festiwalu pojawił się też temat transpłciowości, molestowania, depresji.

Sam katalog został wydrukowany na kredowym papierze, wydany w kolorze i jest przeplatanymi reklamami, jak np. sklepem z winami Marka Kondrata. Ten fakt też poddaje w wątpliwość opowieść o biednej, prześladowanej mniejszości.

Przyznaję, że nie oglądałem powyższych filmów i nie jest mi z tego powodu żal. Sama analiza opisów i fakt, że znalazły się na tym festiwalu, pokazują mi jednak, że środowiska LGBT cały czas w Polsce kładą nacisk na dwie rzeczy: pozytywne przedstawienie siebie i ukazanie się jako ofiary złej, nietolerancyjnej większości. Te dwa dogmaty: „głosimy miłość” i „padamy ofiarą nienawiści” mają przekonać bierną większość, aby zaakceptowała ich. Problem w tym, że za tymi hasłami stoją agresywne lewicowe ruchy, które podważają same fundamenty naszej cywilizacji: znaczenie małżeństwa i rodziny, tradycyjnego wychowania, a nawet samej natury ludzkiej i chrześcijaństwa – religii, w ramach której jej się broni.

W tej sytuacji wydaje się, że najlepszym sposobem na walkę z LGBT byłoby ukazywanie prawdziwego oblicza tej ideologii, ale też pokazywanie, że za cukierkowymi obrazami stoi przerażająca rzeczywistość – wielu partnerów seksualnych, AIDS, choroby psychiczne, zniszczone relacje, samotność. Filmowe produkcje ukazujące to wszystko mogłyby przekonać więcej ludzi niż same hasła i wskazywanie na lewicowe źródła tej ideologii.