11 listopada na Marszu Niepodległości, a w zasadzie już po nim, policja wpadła na dworzec Warszawa Stadion, gdzie wielu ludzi czekało na pociąg, i pałowała, kogo się dało. Dziennikarka „Newsweeka” w świecącej kamizelce „press”, dostała pałą w nerkę, a jeden operator dostał pałą w głowę i został zrzucony ze schodów. Funkcjonariusze urządzali sobie ścieżkę zdrowia i tłukli starszych ludzi, którzy nie wykazywali żadnej agresji, co widać na nagraniach. Podczas samego protestu policja, ponoć bez rozkazu, użyła broni gładkolufowej, postrzeliła z bliskiej odległości w twarz dziennikarza Tygodnika „Solidarność” Tomasza Gutrego, który ma 74 lata, a w wyniku jej interwencji dwie osoby straciły wzrok. Policjanci strzelali z bliska, mierząc w głowy. Te skandaliczne wydarzenia nie spotkały się z wielkim potępieniem ze strony lewicy, wręcz przeciwnie, z wyrazami uznania.

Lewica nie zauważyła jednak, że pochwała agresji zachęca do jeszcze większej agresji, przemoc rodzi przemoc, tolerowanie nadużyć prowadzi do jeszcze większych nadużyć. Nie chcę przez to powiedzieć, że interwencje policji wobec Strajku Kobiet podczas wczorajszych protestów były nieuzasadnione. Z filmów wideo wyłania się obraz umiarkowanych działań. Sama skarga na to, że policja użyła gazu, jest śmieszna, w obliczu tego, że tłum napierał na policję i próbował się przez nią przedrzeć. Fakt, że jakiś policjant w tłumie dał komuś pałą za to, że ten próbował mu tę pałę zabrać, też nie jest porażający. Podobnie, jak robienie afery z tego, że policjant odepchnął kogoś przy użyciu tarczy, kto go prawdopodobnie obrażał. Pytania może jednak rodzić liczna obecność tajniaków w tłumie z pałkami teleskopowymi, ale skoro to było dobre na Marszu Niepodległości, teraz nie może być passe…

Sama policja też jest sobie winna, tłumacząc, że musiała użyć siły, bo naruszano nietykalność cielesną funkcjonariuszy. Przez ostatnie tygodnie pokazała bowiem feministkom, że mogą robić wszystko, a oni i tak nie interweniują. Sam byłem świadkiem sceny, stojąc pod kościołem św. Aleksandra w Warszawie kilka tygodni temu, kiedy ktoś z manifestacji kobiet rzucił butelką, która rozprysła się u stóp funkcjonariuszy. Im by raczej krzywdy nie zrobiła, bo byli w kaskach, ale za nimi stali modlący się ludzie (na początku protestów kobiet jednego chłopaka odwieziono zresztą do szpitala, potem jak butelka trafiła go w głowę). Policjanci nie zrobili dokładnie nic. Taka tolerancja prowadzi do tego, że manifestanci czują się coraz pewniej, nie mają szacunku do policji, nie czują żadnej presji.

Kiedy teraz lewackie media skarżą się, że gaz spowodował panikę w tłumie, demonstranci bali się agresywnej postawy policjantów, tłum był otoczony i zablokowany, chce mi się śmiać. Te doświadczenia to nic w porównaniu z tym, co narodowcy musieli wytrzymywać przez lata na Marszach Niepodległości i czego doświadczyli w tym roku. Lewica jednak niestety kieruje się prawem Kalego. Kali zrobić krzywdę – dobrze, Kalemu – już nie. Z takim podejściem można jednak jedynie powiedzieć: feministki są same sobie winne. Swoją drogą, ich protesty od początku były agresywne. Zmiana w podejściu policji jest więc zapewne wywołana krytyką funkcjonariuszy po 11 listopada, którzy do tej pory stosowali inne podejście do lewicy, a inne do narodowców. Teraz, choć policja i tak była ostrożna w działaniach, widać zmianę, ale może ona być wywołana groźbą dymisji komendanta policji, który chce zasłużyć się władzy. Znowu więc zmiana prawdopodobnie podyktowana polityką i doraźną korzyścią. Obym się jednak mylił, a policja bardziej stanowczo reagowała na chuligańskie wybryki feministek.