Anjum Altaf zwrócił na to uwagę, pisząc, że na przełomie XVII i XVIII w. w kapitalistycznej Europie panowała zasada, że własność prywatna jest święta. Kiedy zaczęto podnosić argument, że chłop powinien być wolny i nie może być zmuszany do pracy, ich panowie oponowali: „Moje ciało, moja sprawa”. Rozumieli przez to, że chłop wraz z jego ciałem i pracą należy do nich i mogą robić z nim, co im się żywnie podoba. Hasło to służyło więc do uzasadniania zniewolenia ludzi i możliwości robienia im krzywdy.
Dzisiaj jest podobnie. Feministki korzystając z tego hasła, nie odnoszą się bowiem wcale do własnego ciała. Nie chodzi tutaj bowiem o takie zagadnienia, czy mają się myć czy nie, czy mogą się tatuować, jak mają się ubierać. Chodzi im o prawo do decydowania przez kobietę czy chce uśmiercić dziecko, które się w niej poczęło. To dziecko ma własne ciało i od samego początku jest kimś odrębnym. Fakt, że jest połączone z matką, a nawet że żyje w jej organizmie, nie daje kobiecie szczególnych praw do decydowania o jego życiu. Więcej, nakłada na nią obowiązki: to ona poczęła to dziecko i ona jest za nie odpowiedzialna: musi o siebie dbać, nie może pić alkoholu i brać narkotyków. Jeżeli uznamy, że skoro to dziecko należy do kobiety, więc może ona zrobić z nim cokolwiek chce, cofamy się do czasów pogańskich, do Imperium Rzymskiego. To wówczas ojciec rodziny mógł zrobić wszystko z żoną i dziećmi, właśnie w myśl hasła: „moje ciało, moja sprawa”. Członkowie rodziny byli traktowani jako jego własność, więc mógł nimi dowolnie dysponować.


Warto też zwrócić uwagę, że gdybyśmy nawet uznali, że dziecko, skoro poczyna się w kobiecie, nadaje jej szczególne prawa do rozporządzania jego życiem, trzeba by uwzględnić jeszcze jeden fakt. Poza matką dziecka do jego poczęcia potrzebny był ojciec, który w równym stopniu ma prawo do wypowiadania się na temat jego przyszłości. Jakim prawem feministki ograniczają znaczenie ojca, a nawet całkowicie go wykluczają, przyjmując za zasadę: „moje ciało, moja sprawa”?
Alexis de Tocqueville, który za największą wartość demokratycznego społeczeństwa uznawał wolność, stwierdził również, że „wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Ta zasada była zresztą podnoszona przez wielu zwolenników liberalizmu, którzy chociaż wynosili wolność do naczelnej zasady, to jednak wskazywali także na pewne jej granice. Wśród feministek takich granic nie widać, co więcej, ich słowa i czyny świadczą o tym, że jej nie uznają. Poza nią natomiast wolność przeradza się w agresywną swawolę, stan anarchii, w której słabsi padają ofiarą silniejszych. 
Zasada „Mój brzuch, moja sprawa” absolutyzuje prawo kobiety do decydowaniu o wszystkim, co dotyczy jej życia, przy jednoczesnym kwestionowaniu praw nienarodzonego dziecka (w tym podstawowego: do życia), jak również praw ojca i całego społeczeństwa. To ostatnie też ma coś do powiedzenia. Legalizacja aborcji na szerszą skalę prowadzi bowiem do zaniku przyrostu naturalnego i stawia pod znakiem zapytania możliwość przetrwania społeczeństwa. Zwracał na to uwagę Jan Paweł II w polskim sejmie, kiedy powiedział, że „naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”. Większość obecnych problemów rozwiniętych społeczeństw, jak upadające systemy emerytalne, konieczność sprowadzania imigrantów i związany z tym islamski terroryzm, starzenie się całych populacji jest wynikiem właśnie m.in. promocji aborcji.


To absolutyzowanie wolności kobiet, tak naprawdę zresztą tylko niektórych z nich, tych, które domagają się prawa do aborcji, w ramach Strajku Kobiet, wiąże się także z łamaniem praw innych ludzi do swobodnego wyznawania kultu, prawa do wyboru takiej a nie innej władzy (podważanie legalnie wybranej władzy) czy prawa własności (liczne akty wandalizmu). Tak pojęta wolność prowadzi jedynie do anarchii i jej popieranie jest aktem wybitnie antycywilizacyjnym.