Pracownica Szpitala Morskiego w Gdyni zauważyła na drzwiach gabinetów lekarskich plakaty z błyskawicą. Zerwała je i powiesiła zamiast nich rotę przysięgi lekarskiej. Za ten czyn została wezwana do ordynator.

 

Zdumiewająca reakcja

 

"Powiedziano mi min. że nie miałam prawa tego zrywać bo to nie jest polityczne a jedynie manifestacja utraty wolności, natomiast drzwi od gabinetu lekarskiego należą do lekarzy... Na moje słowa że szpital to miejsce wolne od polityki i światopoglądu usłyszałam, że w takim razie powinnam ściągnąć z siebie medalik z Matką Boską... " - opowiadała, wzburzona pracownica.

 

Szpital odniósł się do jej słów, zapewniając że: "Szpitale Pomorskie są instytucją apolityczną, otwartą na różne opinie, kulturę, a także przekonania czy wyznanie naszych pracowników i korzystających z leczenia pacjentów. Naszym celem nigdy nie było i nie jest obrażanie czyichkolwiek uczuć. Na naszych oddziałach pacjenci mogą korzystać z posługi min. księży katolickich jak i prawosławnych"

 

Presja ma sens

 

Mimo, że Szpital ujmuje działania pracownicy jako podżeganie do hejtu, okazało się, że presja opinii publicznej ma sens. Plakaty, które początkowo naklejono w większej ilości, zostały usunięte.

 

Pozostaje pytanie: jak można było dopuścić do tego, że je w ogóle rozwieszono i jak można było dyskutować o ich obecności? Kim jest ordynator? Trzeba się porządnie zastanowić, jak reagować na takie sytuacje, bo walka z życiem i wiarą w miejscu, gdzie powinna być opieka nad chorymi - jest potwornym znamieniem cywilizacji śmierci. Być może, część deklaracji Szpitala jest prawdą, ale jednak reakcja na Medalik jest charakterystyczna i budzi uzasadniony niepokój.