Do 27 grudnia „zakazane jest organizowanie zgromadzeń, w tym imprez, spotkań i zebrań niezależnie od ich rodzaju, z wyłączeniem spotkań do 5 osób, które odbywają się w lokalu lub budynku wskazanym jako adres miejsca zamieszkania, lub pobytu osoby, która organizuje imprezę lub spotkanie”. Do tego ograniczenia nie wlicza się osób mieszkających lub gospodarujących w danym miejscu, a także organizatorów spotkań.


Nowe obostrzenie jest zupełnie absurdalne. Przede wszystkim dlatego, że nie da się go wyegzekwować. Trudno sobie wyobrazić, żeby próbowano to w ogóle robić. Czy policjanci i kontrolerzy z Sanepidu będą musieli chodzić w święta po domach i naruszać mir domowy rodzin, wlepiając mandaty i strasząc wielkimi konsekwencjami? Przepis zostanie prawdopodobnie na papierze, a przez to jedynie obniży, i tak już bardzo nadwyrężoną, wiarygodność polskiego państwa, władzy, prawa i służb. Obywatele po raz kolejny dostaną sygnał, że mogą łamać prawo swobodnie, bo i tak nic się nie stanie. Zdecydowana większość Polaków zapewne nie podporządkuje się temu rozporządzeniu. Jest ono jednak złe z samej istoty, bo pokazuje, że rząd ma za nic autonomię rodziny i własność prywatną (w myśl hasła „mój dom to moja twierdza”). Jeśli rząd uważa, że gromadzenie się rodzin stanowi zagrożenie, mógł wydać zalecenie, poprosić o rozwagę, a nie grozić, tym bardziej, że nie ma sił, by wprowadzić swoje groźby w czyn.
Widać w tym rozporządzeniu ewidentną dyskryminację rodziny. Spotkania pracownicze nie są objęte bowiem żadnymi restrykcjami. Polacy mogą się spotykać, by wytwarzać polskie PKB i zarabiać na podatki, ale kiedy chcieliby w święta spotkać się z najbliższymi jest to dla nich niebezpieczne. Biorąc pod uwagę, że codziennie spotykamy się z wieloma ludźmi w pracy, w środkach komunikacji miejskiej, a ostatnio w galeriach handlowych (gdzie idą tłumy, chuchające na siebie w sklepach), ograniczenie w święta nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia.


Wszystko wskazuje na to, że jedynym sensem wprowadzenia rozporządzenia było pokazanie, że rząd coś robi i zwiększenie poczucia strachu. W ten sposób rząd zamiast wykorzystać święta, aby obniżyć nastrój paniki (przez który już teraz dużo więcej ludzi zgłasza się do psychiatrów, także dzieci), jeszcze potęguje psychozę. Głównie uderza to oczywiście w ludzi starszych, którzy oglądając często przez cały dzień doniesienia o kolejnych zachorowaniach, rezygnują z wychodzenia z domu i sami pozbawiają się kontaktu z najbliższymi. Ci najbliżsi zresztą mogą niestety wykorzystywać sytuację, aby zostawić starszych członków rodziny samym sobie, nie interesować się nimi w święta i uzasadnić to jeszcze prawdziwą troską o nich. 


Po tym, jak rząd odebrał Polakom Wielkanoc, zamknął cmentarze na Wszystkich Świętych, chce jeszcze pozbawić nas Świąt Bożego Narodzenia. Niezależnie od intencji, jest to nie tylko potężne uderzenie w wiarę Polaków, w ich religijność, pozbawienie ich dostępu do sakramentów, ale też w samą rodzinę. Święta religijne, a już szczególnie Boże Narodzenie, to święta rodzinne. Przez wprowadzane obostrzenia rozluźniają się więzi rodzinne, co może mieć w dłuższej perspektywie przerażające skutki dla całego społeczeństwa.


Co więcej, nie wolno godzić się na to, by władza, choćby dla naszego zdrowia, nakazywała nam, kogo i kiedy możemy zaprosić do swojego domu. Niedługo bowiem, kierując się tą samą logiką, władza będzie sprawdzała, czy stosujemy właściwą higienę, co robimy w sypialni, jak się odżywiamy. To kolejny już etap w kierunku budowy skrajnie totalitarnego państwa. Pamiętajmy, że każdy dyktator uzasadnia swoje poczynania dobrem i bezpieczeństwem obywateli.