Przed zaprzysiężeniem Bidena nie czekają już żadne poważniejsze formalności w związku z wyborami. Zakończone po blisko 16 godzinach, a w międzyczasie przerwane przez szturm tłumu na Kapitol posiedzenie Kongresu stanowiło zwieńczenie długiego i zawiłego procesu potwierdzania wyborczych rezultatów. Po decyzji Kongresu oświadczenie wydał Donald Trump. "Mimo że całkowicie nie zgadzam się z wynikiem wyborów, a stoją za mną fakty, to 20 stycznia dojdzie do uporządkowanego przekazania władzy" - oświadczył prezydent USA. "Chociaż oznacza to koniec najwspanialszej pierwszej kadencji w historii prezydenckiej, to dopiero początek naszej walki o ponowne uczynienie Ameryki wielką" - dodał Trump.

Uznanie przez Kongres głosowania Kolegium Elektorów jest zazwyczaj formalnością, która nie przyciąga większego zainteresowania mediów. W tym roku było inaczej ze względu na kontestowanie przez prezydenta USA Donalda Trumpa uczciwości wyborczego procesu. Część republikańskich kongresmenów złożyła zastrzeżenia co do rezultatów z Arizony oraz Pensylwanii. Senat i Izba Reprezentantów zdecydowaną większością głosów uznały jednak wyniki wyborów z tych oraz pozostałych 48 stanów i Dystryktu Kolumbii. Historycznemu posiedzeniu przewodniczył wiceprezydent USA Mike Pence, który ostatecznie ogłosił Bidena wygranym. Konserwatywny polityk z Indiany nie wyszedł poza swoją przewidzianą przez prawo ceremonialną rolę i wbrew naciskom Trumpa nie odrzucił jednostronnie pakietów wyborczych, za co spotkała go krytyka ze strony gospodarza Białego Domu.

Przed wtargnięciem wandali do sali obrad Kongresu drewniane skrzynie z rezultatami Kolegium Elektorów zabezpieczył jeden z pracowników Senatu. Parlament został zmuszony do wstrzymania swoich prac; członkowie Izby Reprezentantów i senatorzy po opanowaniu sytuacji przez służby bezpieczeństwa byli zdeterminowani, by procedurę zakończyć jeszcze w nocy ze środy na czwartek. Po szokującym szturmie na Kapitol niektórzy politycy Partii Republikańskiej bezpośrednio krytykują Trumpa, a według spekulacji mediów część z nich rozważa ewentualne odsunięcie go od władzy jeszcze przed 20 stycznia. Republikański senator z Teksasu John Cornyn ocenił, że "osiągnięto dno". Senator Lindsey Graham, bliski sojusznik Trumpa, mówił natomiast że to Biden wygrał i należy z tym się pogodzić.

Ku konsternacji Amerykanów wzburzony tłum zwolenników Trumpa w środę wtargnął do Kongresu, doprowadzając do przerwania jego posiedzenia, na którym zatwierdzano wynik wyborów prezydenckich. Sforsowali oni kordony policji i służb Kongresu i chodzili po korytarzach parlamentu, pozowali do zdjęć z posągami i obrazami i krzyczeli: "USA, USA", "Zatrzymać oszustwo!" oraz "Nasza izba!". Niektórzy mieli ze sobą flagi Konfederacji. Demonstranci, z których część była uzbrojona, weszli do sali obrad oraz biura szefowej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi. Jedna osoba została śmiertelnie postrzelona przez straż Kongresu. Ogółem w trakcie zamieszek zginęły cztery osoby. Za brak zapewnienia bezpieczeństwa Kongresowi krytyka spada na policję oraz straż parlamentarną.

Przypomnijmy: w stolicy Stanów Zjednoczonych doszło do starć zwolenników prezydenta Donalda Trumpa z policją. Tłum wtargnął do Izby Reprezentantów i Senatu. Interweniowała Gwardia Narodowa.  Szef waszyngtońskiej policji Robert Contee podał, że wśród osób, które zmarły na terenach Kapitolu jest kobieta postrzelona przez policjanta. Amerykańskie media zidentyfikowały ją jako Ashli Babbitt z San Diego. 35-latka była weteranką, od 14 lat służyła w amerykańskich siłach powietrznych. Była gorącą zwolenniczką Donalda Trumpa. Pozostałe trzy zmarłe osoby to kobieta i dwóch mężczyzn - oni zginęli w "nagłych wypadkach". Nie sprecyzowano jednak, co dokładnie się stało. Co najmniej 14 policjantów zostało poszkodowanych. Jeden z nich jest poważnie ranny - jak podano, został wciągnięty przez tłum i zlinczowany. Policja poinformowała, że jedną z bomb znaleziono przed siedzibą demokratów, a drugą - przed siedzibą republikanów. FBI zaapelowało do świadków zamieszek na Kapitolu o pomoc w zidentyfikowaniu osób, które dopuszczały się łamania prawa i podżegały do przemocy. Agenci czekają zarówno na informacje, jak i na filmy i zdjęcia od naocznych świadków bezprecedensowych wydarzeń w Waszyngtonie. Burmistrz Waszyngtonu Muriel Bowser ogłosiła, że stan wyjątkowy będzie obowiązywał w amerykańskiej stolicy do 21 stycznia, czyli pierwszego dnia po zaprzysiężeniu Joe Bidena.

WO