12 stycznia minister zdrowia Adam Niedzielski powiedział na konferencji prasowej: „Zmiana polega na powołaniu Funduszu Kompensacyjnego, ale nie tylko o jego powołanie chodzi. Kluczowa jest zmiana samej procedury. Zasadnicza zmiana to zmniejszenie niedogodności dla pacjenta związanych z postępowaniem sądowym, skrócenie czasu trwania dochodzenia odszkodowania, uproszczenie procesu i obniżenie kosztów dla osoby ubiegającej się o odszkodowanie. NOP-y to zjawiska marginalne. Z populacji 250 tysięcy osób dotychczas zaszczepionych na COVID-19 niepożądane odczyny poszczepienne łagodne wystąpiły u 32 pacjentów, u 4 poważne, a u jednej osoby ciężki”.

Co ważne, minister zdrowia nie dodał, że na razie szczepiono jedynie lekarzy i celebrytów, ludzi z reguły młodych i aktywnych zawodowo, którzy nie są w grupie ryzyka. Odszkodowania mają być dość wysokie, bo sięgać od 10 tys. do 100 tys. złotych. W pierwszym okresie funkcjonowania środki na ten cel zostaną przekazane z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Na początku ma on dotyczyć jedynie powikłań po szczepienie na korona wirusa, ale od 2022 r. ma zostać rozszerzony na pacjentów po pozostałych szczepieniach obowiązkowych.

Warunkiem ubiegania się o świadczenie z Funduszu będzie 14-dniowa hospitalizacja lub wystąpienie wstrząsu anafilaktycznego. I tutaj jest pies pogrzebany. W gruncie rzeczy bowiem w praktyce fundusz będzie dotyczył jedynie osób, które miały poważne niepożądane odczyny poszczepienne zaraz po szczepieniu, a więc przypadków oczywistych, których nie da się zakwestionować. Wstrząs anafilaktyczny może wystąpić zawsze, bo jest z reguły skutkiem reakcji alergicznej na składnik szczepionki. 14-dniowa hospitalizacja to zjawisko niezwykle rzadkie i dotyczące naprawdę skrajnych przypadków. Ci więc, którzy nie otarli się o utratę życia, nie mają szans na żadne odszkodowanie.

Problem polega jednak także na czymś innym. Rodzice zaszczepionych dzieci twierdzą, że obserwują poważne skutki uboczne szczepionek u swoich pociech nawet po kilku tygodniach, miesiącach lub latach. Opowiadają, że ich dzieci, które do tej pory rozwijały się prawidłowo, cofają się w rozwoju. Zdrowe do tej pory dziecko zaczyna nagle walić głową w ścianę, mówiące przestaje mówić, aktywne zaczyna być bierne. Rodzice, najlepiej znający swoje dzieci, wiążą te negatywne zmiany z podanymi szczepionkami. Niektórzy z nich podejrzewają, że toksyczne substancje zawarte w szczepionkach tak wpływają na niewykształcony układ odpornościowy. Rzecz w tym, że w takich wypadkach nie tak łatwo udowodnić związek tych zmian ze szczepionką. W dodatku lekarze podający szczepionkę, firmy farmaceutyczne i rząd promujący obowiązkowy program szczepień staną murem przeciwko takim rodzicom.

W przypadku szczepionki na koronawirusa, nie przebadanej do końca, poddanej uproszczonej procedurze rejestracji, opartej na niewypróbowanej technologii, istnieje duże ryzyko wystąpienia negatywnych skutków ubocznych szczepienia po wielu miesiącach a nawet latach. Pojawiają się głosy ze środowiska medycznego, że szczepionka może wpływać negatywnie na płodność. I w tym wypadku fundusz powołany przez rząd nawet nie zainteresuje się takimi wypadkami. Możliwe jest, że będzie dochodzić do ludzkich tragedii (choć nie znamy jej skali), a nikt, dzięki wprowadzonym ograniczeniom, nigdy nie doczeka się sprawiedliwości i zadośćuczynienia. Pozostaje oczywiście droga sądowa, ale i tutaj obywatel będzie miał przeciwko sobie wszystkich – służbę zdrowia, koncerny i państwo.