Czytamy w nim: „Rzeczywiście dzieło ewangelizacji i orędzie zbawienia nie byłyby zrozumiałe bez stałej otwartości Jezusa na jak najszerszą publiczność, którą Ewangelie nazywają  tłumem, to znaczy wszyscy ludzie, którzy podążają za Nim na drodze, a czasem nawet gonią za Nim w nadziei znaku i słowach zbawienia: oto drugi aktor na scenie Objawienia. Głoszenie Ewangelii nie jest skierowane tylko do oświeconych lub wybranych. Rozmówcą Jezusa jest „lud” zwykłego życia, „każdy” ludzkiej kondycji, który bezpośrednio styka się z Bożym darem i wezwaniem do zbawienia. W sposób, który zaskakuje, a czasem gorszy świadków, Jezus przyjmuje jako rozmówców wszystkich tych, którzy wyłaniają się z tłumu: wsłuchuje się w żarliwe napomnienia kobiety kananejskiej (por.  Mt  15, 21-28), która nie może zaakceptować wykluczenia; pozwala sobie na dialog z Samarytanką (por.  Jn 4:1–42), pomimo jej stanu jako kobiety społecznie i religijnie skompromitowanej; zabiega o wolny i wdzięczny akt wiary niewidomego od urodzenia (por.  J  9), którego oficjalna religia odrzuciła poza granice łaski”.

W przywołanym fragmencie mamy subtelną, ale bardzo znaczącą zmianę w opowiadaniu o Jezusie Chrystusie, jakie do tej pory towarzyszyło Kościołowi. Zawsze wskazywano na Jezusa jako na nauczyciela, który naucza, przynosząc prawdę objawioną przez Ojca. Na Tego, który ma słowo życia. Inni ludzie byli przedstawiani jako Jego słuchacze, którzy mogli bądź nie, przyjąć Dobrą Nowinę. Tutaj natomiast akcent położony jest na to, że to Jezus przychodzi, aby słuchać. Dowiadujemy się o „stałej otwartości Jezusa na jak najszerszą publiczność, którą Ewangelie nazywają  tłumem”, o tym, że lud nie tyle jest słuchaczem Słowa, co „rozmówcą” Chrystusa. Rozmowa zaś to nie wykład, ale dialog, wymiana myśli. Wynika z tego, że Jezus nie tyle przyszedł, aby coś objawić, co żeby się czegoś dowiedzieć, coś przedyskutować, wspólnie ustalić.

Stąd, Jezus „przyjmuje jako rozmówców wszystkich tych, którzy wyłaniają się z tłumu”, „wsłuchuje się w żarliwe napomnienia kobiety kananejskiej”, „pozwala sobie na dialog z Samarytanką”. Wszystkie te sformułowania sugerują, że Jezus chce przede wszystkim poznać problemy ludzkie, wysłuchać potrzebujących, porozmawiać o problemach swoich słuchaczy. Tymczasem św. Jan nauczał: „Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje” (J 2,24-25).

Co więcej, dowiadujemy się z watykańskiego dokumentu, że Jezus „zabiega o wolny i wdzięczny akt wiary niewidomego od urodzenia”. Wynika z tego, że to nie niewidomy szukał ratunku o Jezusa i błagał o uzdrowienie, ale to Jezus „zabiegał” o jego uwagę, wdzięczność i wiarę. Jest to całkowite odwrócenie dotychczasowego nauczania Kościoła. W tym ujęciu Chrystus jawi się jako trybun ludowy, który wsłuchuje się w głos ludu, aby uzyskać jego akceptację. Jest to zupełnie nieprawdziwy obraz Jezusa, który niósł przede wszystkim prawdę od Ojca.

Wpisuje się to jednak w próbę zmiany Kościoła. Ktoś zauważył, że Kościół niegdyś był Kościołem nauczającym, potem stał się Kościołem dialogujących czy też słuchającym, a teraz jest Kościołem nauczanym. Z pozycji tego, który przynosi ludziom źródła zbawienia w postaci sakramentów, stał się instytucją zabiegającą o uwagę ludzi, by spełniać ich doczesne pragnienia. Taki Kościół ma jednak niewiele do zaoferowania światu. Jawi się jako jedna z wielu instytucji społecznych, która nie jest już dobrą Matką, ale organizacją pomocową, w dodatku nastawioną ideologicznie.