Zacząłem od tego fragmentu, by przejść do manipulacji bądź też popisu wybitnej ignorancji, zależnie od intencji autora cytatu, który za chwilę Państwo zobaczą. Bez cienia wątpliwości jest to bzdura, która jednak została dostrzeżona przez pracownicę mediów, która zamiast potępić i nazwać rzecz po imieniu – nieironicznie podała wpis dalej. Tak oto bzdura do wielu osób przeniknęła jako prawda.

– 2018r.: poseł @ArturDziambor broni drukarza z Łodzi. „Wyrok oznacza, że prowadząc działalność nie mam prawa odmówić wykonania usługi (…). To nie jest wolność. 2021r.: działacz Konfederacji @Grzesiek_Gawin zniechęca do knajpy, która odmawia usług osobom bez szczepienia/testu – napisał na Twitterze popularny klimatysta Jakub Wiech.

Wpis dostrzegła pracownica Polsatu Agnieszka Gozdyra. Zwróćmy tutaj uwagę, że w swoim profilu na Twitterze zamieściła frazę „nie znoszę głupoty”. Czy nazwała ten wpis tak, jak należy? A gdzież!

– Właśnie @jakubwiech pokazuje, jak działacz Konfy organizuje w sieci bojkot lokalu, który wpuszcza zaszczepionych/z negatywnym testem. Czyli - wolny rynek. Działacz Konfy i jej wyznawcy: - No co, jak oni mogą tak robić, to my możemy organizować bojkot lokalu. Oto słynna wolność – palnęła Gozdyra.

 

 

I tak oto sprzeciw wobec bzdurnego przepisu nakazującego obsługę kogokolwiek przez przedsiębiorcę utożsamiono z hipokryzją wobec bojkotu konsumenckiego, jakoby ten miał być zaprzeczeniem wolności. Mało? W dalszej dyskusji z internautami mającymi nie lada radość z okazanej przez pracownicę medialną wybitnie wielkiej ignorancji, Gozdyra z jednej strony bojkot utożsamiła ze zmową, z drugiej zarzuciła, że… nie są organizowane bojkoty restauracji nie przyjmujących rodziców z dziećmi.

 

 

 

 

Ten kabaret z absurdalnymi skeczami jednakże zostawmy na boku. Chciałbym się upewnić, że nasi Czytelnicy w tak płytkie manipulacje przeznaczone dla totalnych idiotów nie wpadną. Stąd też wyjaśniam, czym różni się jedno od drugiego.

Pierwszy wspomniany przypadek dotyczy pochodzącego z idei komunistycznych i socjaldemokratycznych postulatu, wedle którego z jednej strony państwo jest „bogiem”, a wszystko inne temuż „bogu” ma być podporządkowane. Przedsiębiorca więc – skoro państwo już „pozwala” mu działać – ma narzucone przepisy, wedle których rzekomo jesteśmy wszyscy sobie równi. Teoretycznie ma to zapobiegać „dyskryminacji”. W praktyce – prowadzi do durnych sytuacji, w których np. drukarz, który jest praktykującym katolikiem, miałby prawny obowiązek przyjąć zlecenie na druk materiałów, z którymi się nie zgadza, np. propagandy LGBT. Zostałby – w imię woli „bóstwa”, czyli państwa – wciągnięty w wojnę z Bogiem prawdziwym.

Tutaj zaznaczę, że jestem za tym, by nie istniały żadne nakazy obsługi kogokolwiek czy zakazy nie obsługiwania, pod warunkiem rzecz jasna, że nie byłoby tutaj żadnych „grup chronionych”, tzn., aby każdy przedsiębiorca mógł „dyskryminować” kogo mu się tylko podoba. Ktoś chce otworzyć sklep tylko dla katolików? Świetnie. Tylko dla LGBT? Ok. Nie chce obsługiwać białych, czarnych, Żydów, Polaków, Rosjan, Ukraińców, obywateli Chile, jawnych fanów Dawida Mysiora, zwolenników Dominika Cwikły, fizyków, teologów, wyznawców płaskiej ziemi? Nie ma problemu. Byleby była o tym zamieszczona informacja.

Ignorantom, którym postulat kojarzy się z narodowo-socjalistycznymi Niemcami uspokajam – tak sklepy „nie dla Żydów” były de facto państwowym postulatem. Oczywiście, akcję zorganizowała tylko jedna partia, ale partia ta samodzielnie rządziła państwem. Bez pomocy państwa – czyli odgórnego decydowania, kogo wolno obsługiwać a kogo nie – takie hasła nie miałyby popularności. Istniała też grupa państwowo dyskryminowana – Żydzi – oraz grupa chroniona, czyli Niemcy.

Każdy biznes zweryfikuje rynek. Każdy człowiek ma prawo do chwalenia lub krytykowania lokalu. I tu pojawia się bojkot konsumencki.

Bojkot konsumencki to typowo wolnorynkowe narzędzie, które polega na korzystaniu z wymienionego prawa przez konsumenta czy klienta. Jest to przeciwieństwo odgórnego zakazu czy nakazu obsługiwania kogoś. Polega to na tym, że grupa podobnie myślących osób głośno krytykuje lokal czy jakąś firmę. Nie zabrania nikomu prawnie korzystać z lokalu. Nie grożą nikomu żadne odgórne konsekwencje. Wszystko przewija się na poziomie opinii, nie przymusu czy zakazu.

Ale Wiech i Gozdyra najwyraźniej tego nie rozumieją. W najlepszym razie. Jeżeli bowiem rozumieją, ale mimo to wypisują takie porównania, trzeba byłoby ich nazwać nie głupcami, a tanimi manipulantami.

Dominik Cwikła

Autor jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube