Na sprawę zwraca uwagę „New York Times”. Jak czytamy, „dziewięć miesięcy wojny w Ukrainie udowodniło, że artyleria nadal jest bogiem wojny”.

 

Tymczasem sztabowcy i politycy NATO są zaskoczeni intensywnością walk, rolą wojsk pancernych i uderzeń artyleryjskich – napisano w NYT.

 

Wiadomo, czasy się zmieniają. Tak samo i sposób prowadzenia wojny oraz używane rodzaje broni. Ponad 100 lat temu, gdy Europa pogrążona była w Wielkiej Wojnie, tak naprawdę najlepszym rodzajem broni były ciężkie karabiny maszynowe. To one szatkowały nacierające fale żołnierzy, którzy próbowali zająć okop wroga, co najczęściej kończyło się rzezią po obu stronach.

 

Podczas Wielkiej Wojny pojawiły się czołgi, próbowano też wykorzystać lotnictwo. Jednak niski rozwój tych maszyn sprawił, że były one bez większego znaczenia.

 

Podczas II Wojny Światowej sytuacja wyglądała już inaczej. Rozwój ręcznych karabinów z automatycznym trybem ognia, przyspieszenie i lepsza manewrowość czołgów, stalowe samoloty oraz rozwój technologii komunikacji sprawiły, że zupełnie zmienił się sposób prowadzenia wojny. Oczywiście, przykład frontu wschodniego pokazał, że liczebność ludzi nawet niedozbrojonych, potrafi zmienić bieg wojny. Jednak wyglądało to już zupełnie inaczej. Kawaleria tradycyjna odeszła w niebyt.

 

Po kolejnych dziesięcioleciach, w 2022 roku, zachodni sojusz był przekonany, że główną rolę w większej wojnie odgrywać będzie lotnictwo. Nie tylko samoloty, ale też drony czy broń rakietowa. Nie były to przypuszczenia bezpodstawne. Konflikty na Bliskim Wschodzie – od wojny obronnej o Kuwejt, poprzez amerykańską inwazję na Irak po zamachu na World Trade Center aż po walkę z kalifatem Państwa Islamskiego w Iraku (a także w Syrii, choć tam przy wsparciu Rosjan) – pokazały, że kwestia sprawnego lotnictwa i jego braku przesądza o wyniku wojny.

 

Rola wojsk lądowych ograniczyła się tak naprawdę do zajęcia terenu opuszczonego przez wroga. Jeśli już dochodziło do starcia, wojska lądowe wzywały wsparcie powietrzne, które „załatwiało” sprawę. Tyle w przypadku wojen z państwami arabskimi przeciwko USA czy Rosji. Tymczasem na Ukrainie sprawa wygląda inaczej. Mamy bowiem z jednej strony armię rosyjską, z drugiej ukraińską wspieraną solidnie m.in. technologicznie przez Zachód. I przykład ścierania się ze sobą mniej więcej podobnych jakościowo wojsk pokazuje, że dotychczasowe „wierzenia” NATO straciły wartość.

 

Europejskie państwa NATO zaczęły pozbywać się artylerii po upadku ZSRR. Sądziły, że do regularnej wojny lądowej z szerokim użyciem artylerii już nie dojdzie. […] Zupełnie inną doktrynę stosują Rosjanie i Ukraińcy, a także inne państwa byłego Układu Warszawskiego. Artyleria ma kluczową rolę na polu walki od czasów Wielkiej Wojny. Jej pozycja została ugruntowana na froncie wschodnim II wojny światowej. Tradycyjnie w rosyjskiej doktrynie wojskowej to wojska manewrowe wspierają artylerię, a nie odwrotnie. Rosyjscy sztabowcy uważają, że główną rolą zmasowanych uderzeń systemów artyleryjskich jest niszczenie formacji wroga. Piechota zmechanizowana i formacje czołgów mają za zadanie zajęcie terenu wroga i ostateczne oczyszczenie go z niedobitków. Stoi to w całkowitej opozycji z zachodnim myśleniem, w którym artyleria jest używana do wspierania oddziałów, które prowadzą natarcie – zwraca uwagę „Newsweek”.

 

To sprawia, że doktryna NATO o wyższości sił powietrznych nad lądowymi nie ma racji bytu. Rosja posiada ogromne siły artyleryjskie, bardziej różnorodne, niż NATO. Zachód uważa bowiem, że jeśli zdobędzie się panowanie w powietrzu, to zasięg artylerii jest nieistotny.

 

Wojna na Ukrainie pokazała, że tak nie jest. I dzięki temu NATO może naprawić błędy w swojej doktrynie.

 

Ukraińcy, ze względu na szczupłość sił i kłopoty z zaopatrzeniem w amunicję muszą bardzo ostrożnie i mądrze dysponować swoją artylerią. Stąd uderzenia są kierowane na konkretne odcinki frontu. Ukraińcy precyzyjnie rozpoznają cele i niszczą je punktowo. Zupełnie inną taktykę przyjęli Rosjanie. Początkowo prowadzili precyzyjne uderzenia na cele wojskowe. Wojna jednak przestała iść po myśli napastników, a wraz z klęskami przyszedł powrót do starych, znanych od początku XX w. i stosowanych w czasie obu wojen światowych metod – silnych przygotowań artyleryjskich, po których rusza natarcie. W czasie ataku pozycje przeciwnika są ostrzeliwane bez przerwy, co zmusza go do ukrycia się albo wycofania. Następnie ruszają oddziały zmechanizowane, przed którymi przesuwa się ogień artylerii, utrzymywany w pewnej odległości. Dzięki temu obrońcy mają mniej czasu na skonsolidowanie obrony i odparcie ataku – podaje „Newsweek”.

 

Przy tak intensywnym ostrzale może pojawić się problem z amunicją. Rosjanie mają jej duże zapasy i fabryki, które uzupełniają braki. Państwa NATO nie byłyby w stanie z utrzymaniem takiego tempa produkcji. Stąd ostrzały artyleryjskie są punktowe i oszczędne.

 

Z tego powodu właśnie Waszyngton zamierza zainwestować w fabryki amunicji w Europie. Mają one wznowić produkcję pocisków sowieckich 122 i 152 mm. Zwiększona zostanie również produkcja amunicji w kalibrach NATO – 105 i 155 mm.

 

 

 

Dominik Cwikła

 

Autor jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube