Cameron igra z ogniem eurosceptycyzmu

0
0
0
/

Zapowiedź zorganizowania referendum o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest dobrym pretekstem do przyjrzenia się strategii eurosceptyków w dzisiejszej UE. O co grają i na co liczą? Zastanówmy się.



W Wielkiej Brytanii eurosceptycy nie stanowią zwartej grupy, ale raczej wielonurtowy obóz, różnobarwny ideologicznie i stawiający sobie różne cele. Istnieją w nim dwie zasadnicze postawy: „Chcemy Unii Europejskiej, ale nie na tych zasadach” oraz „Chcemy rozluźnić swoje związki z Unią Europejską”. Mimo, że według sondaży większość Brytyjczyków jest obecnie krytyczna wobec UE, to zwolennicy radykalnego hasła o natychmiastowym opuszczeniu UE nie są w Wielkiej Brytanii tak liczni, jak się w Polsce uważa. Są raczej radykalną frakcją nurtu głoszącego hasło „rozluźniania związków z Europą” (w sensie: kontynentalną Europą). Większość eurosceptycznych Anglików wyobraża sobie raczej, że są możliwe jakieś warianty pośrednie, tzn. bądź to reforma UE, bądź to wycofanie Wielkiej Brytanii z głębokiej współpracy we wszystkich dziedzinach do jakiejś formy luźnego stowarzyszenia z UE.

Eurosceptycy na brytyjskiej scenie politycznej

Powyższe oczekiwania w dużej mierze determinują kształt brytyjskiego systemu partyjnego i – co za tym idzie – postawę premiera Camerona. Polityczna reprezentacja radykalnych eurosceptyków to UKIP Nigela Farage’a, obecny głównie w Europarlamencie. Na scenie krajowej eurosceptycy są wpływową grupą w Partii Konserwatywnej, kojarzoną z posłami z tylnych ław (tzw. backbenchers). Ostatni raz do próby sił pomiędzy eurosceptykami i euroentuzjastami w Izbie Gmin doszło w 2011 r., kiedy to za wnioskiem o rozpisanie referendum ws. opuszczenia UE przez Wielką Brytanię głosowało 79 spośród 305 posłów Partii Konserwatywnej. Można więc powiedzieć, że czwarta część klubu parlamentarnego konserwatystów zbuntowała się przeciwko polityce europejskiej przywódcy swojej własnej partii, pełniącemu urząd premiera.

Zarówno z nastrojów społecznych jak i z nastrojów wewnątrz własnej partii musiał wyciągnąć wnioski David Cameron, który mimo, że sam jest umiarkowanie proeuropejski, to pragmatycznie przejął dużą część retoryki eurosceptyków. Dla przykładu, od lat głosi swoje poparcie dla idei referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE (operując retoryką demokratyczną), jednak z zastrzeżeniem, że powinno ono odbyć się po przeprowadzeniu negocjacji ws. przywrócenia kompetencji władzy z Brukseli do Londynu (ang. repatriation of powers). Takie postawienie sprawy jest w istocie grą na czas: obietnicą zorganizowania referendum w przyszłości daną po to, by nie zorganizować go teraz.

Cameron w oczach pryncypialnych eurosceptyków z Wielkiej Brytanii jest farbowanym lisem – euroentuzjastą, który skutecznie mami elektorat eurosceptyczny hasłami, które głosi, ale których nie realizuje (nasuwają się tu oczywiste analogie do polskiej sceny politycznej, ale w tym tekście nie będę ich rozwijał). Warto jednak postawić sobie pytanie jak miałaby wyglądać realizacja haseł eurosceptyków i czy ich postulaty są realistyczne?

Odpowiedź euroentuzjastów i możliwe scenariusze

Zapowiedź organizacji referendum „po 2015 roku”, którą w środę sformułował Cameron, wywołała natychmiast lawinę agresywnych komentarzy ze strony euroentuzjastów z najważniejszych państw UE. Ich główne linie krytyki są następujące: nie ma prawa do krytyki UE ten, kto nie angażuje się w rozwiązywanie problemów kryzysu strefy euro (Cameron faktycznie stoi z boku, ale głównie dlatego, że Wlk. Brytania nie przyjęła euro) – oraz – pomysł uchylenia obowiązywania części prawa unijnego w Wielkiej Brytanii to „wybieranie rodzynków z ciasta” i „Europa à la carte”, a takie podejście to początek niekończącej się listy żądań różnych państw członkowskich, otworzenie puszki Pandory, które okaże się końcem UE.

W istocie, euroentuzjaści mają trochę racji. Realizacja postulatów brytyjskich konserwatystów, które są zresztą mi bliskie (przywrócenie wielu uprawnień zawłaszczonych obecnie przez Komisję Europejską rządom państw narodowych) wymagałaby najgłębszej reformy traktatowej w historii integracji europejskiej. Byłaby to bowiem reforma całkowicie odwracająca obowiązujący paradygmat nieustannego pogłębiania integracji, którego owocem jest Traktat Lizboński.

Taka reforma nie jest niemożliwa do wyobrażenia, ale jest chyba niemożliwa do przeprowadzenia w trakcie trwania kryzysu. Inną sprawą jest to, że gdy kryzys minie, a UE go przetrwa, to nikt o głębokiej reformie UE nie będzie chciał rozmawiać i zbudowanie w UE większości państw popierających tego typu postulat będzie jeszcze mniej prawdopodobne niż obecnie. Sam pomysł rozpoczęcia od początku dyskusji o sensie integracji europejskiej i jej formalnych podstawach w gronie aż 27 państw członkowskich przyprawia eurokratów o zawrót głowy, bo stawia pod znakiem zapytania cały polityczny świat, który w Brukseli przez pół wieku pracowicie budowali. A przykład Paktu Fiskalnego, który jest pozatraktatową protezą dla rozwiązania prostego problemu braku dyscypliny budżetowej (która miała obowiązywać już od przyjęcia Traktatu z Maastricht ponad 20 lat temu) dowodzi, że zdolność do porozumienia się państw UE jest obecnie bardzo niewielka, a instytucje europejskie przy poważnych konfliktach zostają sparaliżowane.

Brytyjski realizm i polska perspektywa

Brytyjczycy chyba zdają sobie z tego sprawę, dlatego nie wchodzą nawet w szczegółową dyskusję o traktatach organizujących UE, a raczej mówią o negocjacji swoich postulatów i w razie ich niespełnienia o rozluźnieniu związków z UE. Brytyjscy eurosceptycy myślą i mówią w debatach: „Teraz albo nigdy!” To w sumie dość realistyczna postawa, która – jeśli eurosceptycy w Wielkiej Brytanii dopną swego, na co się nie zanosi – doprowadzi do utraty wpływu Wielkiej Brytanii na UE i, w konsekwencji, do umocnienia się sił dążących do federalizmu.

Czy polscy eurosceptycy powinni wobec tych faktów zająć jakieś stanowisko? W mojej opinii trudno tu o wyraziste oceny. Z jednej strony postulaty głoszone przez Camerona są słuszne, z drugiej strony wiemy, że głosi on je nieszczerze i nie wierzy w możliwość ich realizacji. Będzie szukał jakiegoś kompromisu, który sprzeda swoim rodakom jako wielki sukces (np. „Obroniłem City przed podatkiem od transakcji finansowych!”).
 
Idąc dalej warto zauważyć, że jeśli nastroje na Wyspach się zradykalizują to być może rząd Wielkiej Brytanii podejmie negocjacje z UE. Jeśli będzie w tych negocjacjach pryncypialny to skończy się to wycofaniem Wielkiej Brytanii z UE do jakiejś formy stowarzyszenia z UE szeregiem szczegółowych umów. Anglia znalazłaby się wóczas w roli większej Szwajcarii.
 
To byłby niezwykle ciekawy dla nas scenariusz, bo moglibyśmy na jego podstawie budować analogiczny program dla Polski. Tyle, że wycofanie Wielkiej Brytanii z UE uderzyłoby wcześniej w nas finansowo oraz osłabiło możliwość realizacji naszego programu wewnątrz UE. Zbudowanie koalicji państw członkowskich hamujących nadmierną centralizację UE, które teraz jest trudne do wyobrażenia, ale możliwe, bez Wielkiej Brytanii zostałoby już tylko pobożnym życzeniem.

Krzysztof Bosak
Autor jest jednym z liderów Ruchu Narodowego

Źródło: prawy.pl

Sonda
Wczytywanie sondy...
Polecane
Wczytywanie komentarzy...
Przejdź na stronę główną