Polskość

Adolf Hitler – pacyfista kochający inaczej

prawy.pl_images_nowe_stories_media_felietonisci_pawel_janowski_aktualnePostury był średnio-słusznej. Charakterystyczny, prostokątny wąski, modny tamtymi czasy, zdobił jego twarz. Grzywka zawadiacko rzucona na bok, filcowy garnitur i dobrze wyglancowane trzewiki. Adolf było mu na imię.

Sławni i odważni historycy, imion nie śmiem wspominać przez szacunek i podziw dla myśli ich wzniosłych, głoszą słowa zadziwiającej prawdy. Przy nich proroctwa Jeremiasza i Izajasza, oraz wróżbity Macieja, to tylko chodzenie po omacku i pisanie rebusów. Oni mówią jasno, głosem pewnym i silnym, głosem proroczym. Nie wiem tylko, czy z góry te proroctwa, czy raczej z dołu? Trzeba egzorcystów popytać.

A tymczasem rodzą się pytania wśród najwybitniejszych biblistów, którzy poruszeni wizjami tychże historyków, zastanawiają się, czy aby nie wymienić wszystkich proroków większych na jeszcze większych, ale znad Wisły, czy tylko dodać proroków średnich? Dwóch i pół już mamy. Za ich przyczyną odżywa co jakiś czas odżywa gorąca dyskusja na temat rozpoczętych tu i ówdzie procesów beatyfikacyjnych, informacyjnych lub kanonizacyjnych Adolfa Hitlera. Jest czas miłosierdzia, więc i mnie jakoś tak wzięło.

Z wnioskami powinniśmy zdążyć do następnej rocznicy pokojowych odwiedzin wojsk Wehrmachtu i zaprzyjaźnionych organizacji pacyfistycznych we wrześniu 1939 roku w Gliwicach, na Westerplatte i w innych, niedemokratycznych ówcześnie, kurortach. Dlatego czas wziąć się do pracy.

Niemcy (dokładniej Der Frankfurter Allgemeine Zeitung), jako najbardziej znani na świecie oraz niezłomni przeciwnicy nazizmu, zmartwili się powstaniem Muzeum rodziny Ulmów z Markowej na Podkarpaciu, zamordowanej przez… no właśnie przez niezidentyfikowanych osobników, posługujących się przypadkowo, choć od urodzenia, językiem niemieckim. A, że jest to język narodu kulturalnego i miłującego pokój od wieków, stu wieków, albo więcej, to cóż. Nie Niemców to wina, nieprawdaż? Każdy kulturalny i światowy człowiek zna język Goethego i do poduszki Mein Kampf czyta. A dlaczego w dniu 24 marca 1944 roku po niemiecku mówiący, dodam odważnie Niemcy, zabili rodzinę całą? Józefa i jego żonę – 32-letnią Wiktorię, będącą w stanie błogosławionym, wraz z ich dziećmi – 8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego i półtoraroczną Marię. Dlaczego? Ponieważ ukrywali Żydów. Tak w praktyce w wyglądała niemiecka tolerancja dla podludzi, czyli Polaków i Żydów. Wróćmy do naszych historyków.

Niemcy od czasów niezapomnianego Fryderyka i kanclerza Otto von Bismarcka, miłują sąsiadów nad życie. Nie swoje życie, ale jednak. Miłość okazują średnio raz na 20, 30 lat. A że kochają mocno tak, totalnie rzec można, to i szumu na świecie z tego powodu trochę jest. Biegają wówczas i wszystkich wypytują, czy kochają ich też, czy bardziej, czy mniej, czy do śmierci, czy po śmierci też będą kochać? No pytań wtedy jest wiele, jak to przed zaręczynami.

Pech chce, że mieszkamy obok i nas też pytają. A tu niewdzięczni Polacy nie chcą tej miłości odwzajemnić, i wiary nie chcą głosić po świecie. I tu wkraczają młodzi wizjonerzy w nowe tysiąclecie stosunków polsko-niemieckich. Twierdzą oni, że zaręczyny, nazywane dla niepoznaki paktem, układem, a najlepiej małżeństwem, naszego przedwojennego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka (od 2 listopada 1932 roku) z pacyfistą Adolfem Hitlerem, uratowałoby świat i Polskę. Bo to krótkowzroczność polskich polityków otworzyła puszkę Pandory i przeszkodziła weselić się światu w ramionach szczodrej III Rzeczy. To przez Polaków no i naziści zapanowali nad Niemcami, a Rzesza się obraziła i tyle było zła potem, i braku pokoju,. Bo poczuła się odrzucona, a odrzucona kobieta jest niebezpieczna.

Według mnie minister Beck wiedział, że to nie kobieta była, tylko Adolf. A na taką miłość, to on się nie pisał. I Polacy też nie ten, tego. Raczej hetero niż homo i nigdy by takiego związku nie zaakceptowali. Minister, nasz Józef, już 15 lutego 1933 r. wygłosił w sejmie polskim swoje pierwsze przemówienie programowe, w którym stwierdził, że „stosunek Polski do Niemiec będzie taki, jak stosunek Niemiec do Polski”. Czyli najpierw rodziny musza się poznać, wymienić prezentami, dać słowo, sprawdzić wpisowe, majątek zinwentaryzować, itd., a potem o małżeństwie może porozmawiać.

Na to młodzi historycy grzmią, że przecież powinien kochać bezgranicznie, jak na przykład Donald, król świata połowy, panią kanclerz Angelę kocha – wszak ile dobra płynie z tej bezintersownej miłości. Aż miło patrzeć jak przybywa walorów na koncie i innych dóbr w garażu oraz podręcznych apartamentach. Wtedy też by popłynęło.

W tamtym roku, to jest 1933, zakochany w Adolfie kolega Henrich Himmler właśnie rozpoczynał budowę obozu w Dachau. To dla tych obywateli, którzy mieli problem z miłością, czyli źle ją lokowali. A tu polski minister taki stanowczy, taki męski okazał się. Niektórym Niemcom to się podobało nawet. Bo Beck nie godził się na żadne ustępstwa, żadne zmiany granic. Tylko symetria. Nie będzie mu Adolf dominował i wmawiał, że jest kobietą. Coś za coś. Nic nie ma na kredyt. A wtedy chwilówki nie były tak popularne, jak dziś. Zdaniem odważnych polskich historyków szkoda. No może szkoda, a może nie.

Naturalnie francuska i sowiecka prasa, najbardziej demokratyczna i bez cenzury oczywiście, od razu zarzuciły Beckowi, że udaje i jest proniemiecki. No patrzcie państwo. Zwykła zazdrość i tyle. Francuzi chcieli, żeby tylko ich kochać. A sowieci, to jeszcze bardziej tylko ich.

Mimo głosów oburzenia demokratycznej zagranicy w Polsce doceniono męską postawę ministra. No, ale Polska była taka macho, jakby to powiedzieli kochający symetrycznie. Beck, zgodnie ze wskazówkami Józefa Piłsudskiego, podtrzymywał dobre stosunki z Niemcami i bolszewikami najdłużej jak można. Czynił zaloty do Francji i Wielkiej Brytanii. Po 1935 r. Beck wykonywał te ruchy. Sformułował także plany nowego mariażu, czyli „Trzeciej Europy” – stworzenia bloku państw środkowoeuropejskich od Skandynawii do Adriatyku. Czyli dbał o posag i nie był rozrzutny. Polska piękna była, więc się starał.

No, ale pogarszały się warunki za oknem. Polska coraz piękniejsza, a konkurenci niecierpliwili się i makijaż spadał z twarzy. Starokawalerstwo zaglądało im w oczy, a to nie wesoła perspektywa była. Wszak Adolf kochał totalnie, Stalin kochał bezmiernie. Nakupowali zabawek, przygotowali huczne wesele, a Polska nic, tylko Bóg, honor, ojczyna.

Młodzi historycy uważają, że to był błąd Józefa Becka, że nie zakochał się na umór w Adolfie. Był wszak ten Niemiec taki europejski, taki racjonalny, z nutką szaleństwa w oku, ale jednak. Odważna teza. Miłość bezgraniczna? Może panowie lubią tak zaufać Niemcom bezgranicznie, ale minister był ostrożny. W ciemno nie wchodził na randki. Pamiętał, że Fryderyk Pruski też kochał mocno, Bismarck jeszcze mocniej. I co z tego wyszło?

Adolf tymczasem kochał na zabój. Co nieco wiedziała o tym jego siostrzenica, dopóki nie popełniła samobójstwa. Polska, jako że jest rodzaju żeńskiego, to też coś czuła i była nieufna. W każdym razie minister Beck nie był byle podlotkiem i nie dał się nabrać na śpiewy pod balkonem i tanie prezenty. Widział, że Adolf chadza z Benito, że nawet z daleką Japonią romansuje, a to nie było w jego guście.

Adolf nie lubił dzielić się kochankami. Czy to Italia, czy to Japonia. Nawet Bolszewia, która najpierw odwzajemniła miłość i to ślepo. Tak ślepa była, że nie uwierzyła w zdradę Adolfa nawet wtedy, gdy ten czołgami podjechał pod okno i to nie z kwiatkami, ale propozycją ślubu natychmiastowego, z prawem do całego spadku, a najlepiej do Uralu.

Beck wiedział, że nie może Adolf, pacyfista wszak duszą całą, wyznawać miłość Polsce, a jednocześnie przytulać intensywnie kochanków z Południa i Zachodu. Liczył, że otrzeźwieją w razie czego i dadzą Hitlerowi kosza.

No, ale jak Adolf nas ściskał, to Francuzi winko pili, co prawda ubrali się na tę okazję w galowe i frontowe mundury, ale szkoda było brudzić. A Anglicy? Jak to oni, po prostu mieli przerwę na herbatę i nie zauważyli jego awansów. Wysłali jakieś pismo, ogłosili, że się gniewają. Po czym poszli ratować pokój z Nevillem Chamberlainem. Beck wiedział, że miłość aliantów jest płytka i zazdrosna. Wcześniej nawet pogniewali się za Zaolzie. Adolf przytulił co prawda całą Czechosłowację, pozwalając Słowakom na małe flirty i dając im wychodne raz w tygodniu. No, ale Adolf był przystojny i miał posag. Nie to, co Polska. Ładna blondynka, to prawda, ale zbyt wielu w niej się kochało. Bo taka ładna.

A tymczasem pryszczata Bolszewia stała pod drzwiami Polski i podsłuchiwała, i zazdrościła, że wszyscy w Polsce się podkochują. A skoro tak, to na złość Polsce, wzięła ślub z Adolfem. Po cichu, w tajemnicy przed sąsiadami. Niby lubiła wciąż sąsiadkę znad Wisły, ale na boku to już nieprzyzwoite rzeczy wyczyniała. No sprzedała się po prostu za świecidełka. Beck wiedział, że Bolszewia nie wybaczy Polsce urody, ale liczył, że Adolf nie jest poligamistą. A był. Bo kochał totalnie. Totalnie wszystko. A siebie najbardziej. I nasi historycy, ci prorocy się znaczy, zapominają niestety o tym wymiarze tajemniczej duszy Adolfa.

Wiemy jak to jest z miłością. Starzy ludzie mówią, że jest ślepa, młodzi nie mówią, tylko kochają, a ludzie średnim wieku nie mają czasy na głupoty. Przynajmniej tak głosi Mądrość Demotów. A miłość do Adolfa? Ewa Braun dała radę. Naród niemiecki minus piętnastu opozycjonistów też dał radę. Nawet Klaus Schenk hrabia von Stauffenbareg dał radę, choć miał kryzys wieku średniego i na chwilę się odkochał.

A Polacy? Nic? No nie potrafili nasi przodkowie wczytać się w Mein Kampf i odnaleźć w tej pełnej wieloznaczności, poetyckiej wizji świata, wyznania szczerej miłości do drugiego człowieka, nadczłowieka najlepiej. Bo Niemcy wówczas ukochali nadczłowieków najbardziej. Ale czy to grzech jakiś? Jeden kocha blondynki, drugi brunetki, a trzeci nadczłowieki. A czwarty, najodważniejszy, to nawet kolegę zza ściany pokochać może. Teraz mamy czasy odważniej miłości, to wiemy, jak jest. Ale według historyków naszym wspaniałym przodkom zabrakło właśnie takiej odwagi. Pokochać trzeba było Adolfa pomimo. I koniec.

Niemcy, to naród odważnej miłości, tak wtedy jak i dziś. Już Kant kochał gwiazdy na niebie i coś w sobie. Jak ktoś miał tam, w sobie się znaczy prawo, to kochał prawo. Jak miał bogate wnętrze, to kochał bogate wnętrze, a jak nic nie miał, to nic nie kochał. Niemcy właśnie tak kochają, kochają wsobnie i totalnie. Kochają albo nadczłowieka, albo muzułmanina. Kochają mocno. Kochają oczywiście bezinteresownie, to wiemy.

A my, Polacy, jacyś ślepi chyba jesteśmy. Co jest z nami nie tak, że nie potrafimy kochać proroczo, zwłaszcza dobroczyńców ludzkości. No nie wiem, no nie wiem. Znowu się na nas Niemcy pogniewają. Jak coś się popsuje, to będzie wszystko przez nas. Ostrzegam proroczo. Popsuliśmy miłość III Rzeszy, a teraz psujemy miłość kanclerz Angeli do świata połowy i kosmosu całego. Ostrzegam i robię to bezinteresownie. I niestety nie mylę się, wróżbita mi powiedział, więc wiem na pewno. Proszę uważać na brak wzorcowej, germańskiej miłości w duszach polskich. Proszę uważać i dobrze wybierać małżonka.

 

Felieton ukazał się w najnowszym wydaniu „Tygodnika Solidarność”

Jeżeli podobają Ci się materiały publicystów portalu Prawy.pl wesprzyj budowę Europejskiego Centrum Pomocy Rodzinie im. św. Jana Pawła II poprzez dokonanie wpłaty na konto Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia: 32 1140 1010 0000 4777 8600 1001. Pomóż leczyć ciężko chore dzieci.

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

54 komentarze

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najpopularniejsze

Góra