Chodziło o wysokość odszkodowania, jakie z wyroku poznańskiego sądu otrzymała od Zgromadzenia Księży Chrystusowców 24-letnia dziś osoba za to, że przed 11 laty ksiądz erotoman miał ją przez kilkanaście miesięcy więzić i gwałcić. Nie znam akt tej sprawy, ale od początku wydało mi się dziwne to, że przez okres tych „kilkunastu”, a więc co najmniej jedenastu miesięcy, 13-letnia wówczas panienka chodziła do szkoły, a więc nie mogła być „uwięziona” w potocznym sensie tego słowa. Wychodziła na miasto, kontaktowała się w szkole z rówieśnikami i nauczycielami,  mogła zgłosić się na policję, albo wreszcie – uciec do domu. Nic takiego się przez te „kilkanaście miesięcy” nie stało, podobnie jak z publikacji prasowych wynika, że przez ten czas również rodzina ofiary księdza-erotomana nie zainteresowała się losem córki – czy żyje, czy nie chora, no i w ogóle – jak się jej powodzi. Mam w związku z tym swoje podejrzenia, ale mniejsza o to, bo nie one były powodem wrogiej reakcji poznańskich feministek, tylko moja opinia na temat wysokości odszkodowania. Otóż opiewało ono na milion złotych oraz dożywotnią rentę w wysokości 800 złotych miesięcznie. Wyraziłem zatem opinię, że „żadna kurwa tyle nie zarabia” - i to właśnie wzburzyło wspomniane feministki, jak i przewielebnego księdza Nowickiego.  Najwyraźniej i one i przewielebny Ksiądz muszą uważać inaczej – że jeśli nawet nie wszystkie, to niektóre zarabiają tyle samo, a być może nawet więcej. Nie będę się spierał, bo nie znam tego środowiska aż tak dokładnie, ale być może dochody tych osób są jednak przeceniane.

Zwróciłem też uwagę, że takie wysokie odszkodowania mogą zachęcić inne osoby do przypominania sobie różnych zdarzeń z przeszłości, wskutek czego również i u nas pojawi się przemysł molestowania, znany na Zachodzie pod nazwą „Me too” (Ja też). Jednak zasadniczym powodem, dla którego w ogóle zająłem się tym przypadkiem był precedensowy wyrok sądu, w moim przekonaniu w bardzo groźny sposób łamiący zasadę indywidualizacji odpowiedzialności. Zobowiązanym do wypłacenia tego odszkodowania sąd uczynił nie sprawcę tych wszystkich przestępstw, tylko Zgromadzenie Księży Chrystusowców, do którego tempore criminis sprawca należał. Niezawisły sąd uzasadnił swoją decyzję art. 430 kodeksu cywilnego, który stanowi, że „Kto na własny rachunek powierza wykonanie czynności osobie, która przy wykonywaniu tej czynności podlega jego kierownictwu  i ma obowiązek stosowania się do jego wskazówek, ten jest odpowiedzialny za szkodę wyrządzoną z winy tej osoby przy wykonywaniu powierzonej jej czynności.” Nie sądzę, by zostało przed sadem udowodnione, że Zgromadzenie zleciło księdzu-erotomanowi wykonywanie czynności w postaci uwięzienia i wielokrotnych gwałtów na nieletniej,  ani że podczas wykonywania wspomnianych „czynności” – a to przecież one były przyczyną szkody – podlegał kierownictwu Zgromadzenia i miał obowiązek stosowania się do jego wskazówek. Gołym okiem widać, że interpretacja dokonana przez poznański niezawisły sąd jest oczywiście sprzeczna nie tylko z intencją ustawodawcy, ale nawet – z literalnym brzmieniem przepisu, na który sąd się powołał. Pewne światło na tę samowolkę rzuca opinia pani prof. Moniki Płatek, że na biednego nie trafiło. Wygląda na to, że sąd dopuścił się samowolki kierując się bolszewicką zasadą „grab nagrabiennoje!, a poza tym podejrzewam, iż uczynił to w intencji przypodobania się tej części opinii publicznej, która swoją wrogość wobec Kościoła katolickiego objawia zgodnie ze wskazówkami Józefa Goebbelsa, który zalecał oskarżanie duchowieństwa („klechów”) o skandale obyczajowe i finansowe. Że w awangardzie tej kampanii występuje „Gazeta Wyborcza”, czyli żydowska gazeta dla Polaków, to rzecz zrozumiała. Celem Żydów, sposobiących się przecież do obrabowania Polski pod pretekstem „roszczeń majątkowych”, jest odcięcie narodu polskiego nawet tej namiastki przywództwa, jakie reprezentuje duchowieństwo katolickie, by tym łatwiej przerobić go na „nawóz historii”.

Zrozumiałe wydaje mi się także stanowisko poznańskiego sądu, który najwyraźniej pozazdrościł sądom gdańskiego okręgu sądowego sławy z powodu znanej na całym świecie niezawisłości. Mniej zrozumiała jest natomiast reakcja przewielebnego Księdza, chociaż i ją też można uzasadnić co najmniej trzema przyczynami. Po pierwsze – że wśród moich krytyków pierwsze miejsce zajmuje niewątpliwie pani prezydentowa Jaśkowiakowa, a po drugie – że ordynariuszem archidiecezji poznańskiej jest JE abp Stanisław Gądecki, który był wielokrotnie przeze mnie krytykowany za urządzanie dorocznych obchodów, które nazwałem „dniami judaszyzmu”. Ekscelencja prawdopodobnie w ogóle nie wie o moim istnieniu, ale przewielebny ksiadz Nowicki może wiedzieć i być może dlatego wolał nie dopuścić na  antenę rozmowy ze mną. Trzecią wreszcie przyczyną mogła być wspomniana perswazja, by takich ananasów na antene nie puszczać. Judenrat „Gazety Wyborczej” składa się bowiem z osobników przekonanych, że poinformowanie o kimś na łamach, czy antenie, stanowi dla takiej osoby rodzaj nagrody za dobre sprawowanie. Tak samo uważali redaktorzy „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności” za pierwszej komuny, kiedy to rodzice dzisiejszych bojowników o demokrację, na polecenie Stalina tresowali Polaków do komunizmu. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci, więc nic dziwnego, że „Gazeta Wyborcza” stoi na czele środowiska logofagów, maskując swoje wrogie wolności słowa stanowisko frazesami o „mowie nienawiści”, „wykluczaniu” i „stygmatyzowaniu”. Ostatnia decyzja przewielebnego Ksiedza Wojciecha Nowickiego pokazuje, że i od do tego grona dołączył, podobnie jak wcześniej – przewielebny ojciec Grzegorz Kramer, któremu nie powierzyłbym nawet duszy od żelazka.