Wielkanoc, najbardziej godne i najważniejsze święto należało też godnie uczcić. Toteż skarbiec zwyczajów z upływem wieków robił się coraz bogatszy, choć ich część już zanikła lub przetrwała w formie szczątkowej. Bezcennym źródłem wiedzy o nich są relacje dawnych podróżnych, historyków i etnografów, np. Zygmunta Glogera. Jednym z najstarszych był „pogrzeb śledzia”, co opisał barwnie historyk i pamiętnikarz, ks. Jędrzej Kitowicz (1728 – 1804).


         „…W Piątek Wielki wieczorem albo w sobotę rano drużyna dworska przy małych dworach, uwiązawszy śledzia na długim i grubym powrozie, do którego był nicią cienką przyczepiony, wieszała nad drogą na suchej wierzbie lub innym drzewie, karząc go niby za to, że przez sześć niedziel panował nad mięsem, morząc żołądki ludzkie słabym posiłkiem swoim…”


        W Wielki Czwartek kościoły milkną, gasną światła, milkną też dzwony, zastępowane suchym dźwiękiem kołatek. Przy grobach Chrystusa pełnią straż uroczyście przyodziani mężczyźni, czasem w strojach bractw kurkowych. W ciemnych czasach zaborów i okupacji na grobach tych umieszczano polskie, narodowe symbole. Zapełniają się wiernymi Kalwarie, odtwarzana jest droga Męki Pańskiej. Niezwykłe Misterium, nieporównywalne z żadnym innym. Kalwarie te, poczynając od 17 w., kiedy powstała ta pierwsza: Zebrzydowska, wpisały się na trwałe w nasz krajobraz, aż po dziś przyciągając modlitewne tłumy. Obok szeroko znanych, jak mazowiecka Góra Kalwaria, w wielu miejscach istnieją również te mniejsze, skromne, odwiedzane przez wiernych z jednej, dwu parafii lub okolicy. Ich stacje często zdobione są amatorskimi, jakże jednak pięknymi w swej prostocie figurami i malowidłami. Ilekroć je widzę czuję wzruszenie. Wiem,  że choć nieporadne, wykonano je z wielkim oddaniem, bo nie tylko rękami ale i sercem.


      Wielka Sobota zapowiada koniec smutku. Gospodynie szykują święcone, dzieci z niecierpliwością czekają, aż koszyczek zapełni się malowanymi pisankami, chlebem, pętkiem kiełbasy, upieczonym z ciasta lub klejonym z lukru zajączkiem. A potem ruszają do kościoła, ażeby na przybrany zielenią koszyczek padło chociaż parę kropli wody święconej. To także znak, że można już kończyć post i podebrać co nieco ze świątecznych smakołyków. Należy im się. Solidnie zapracowały zdobiąc pisanki. Szkoda, że tylko gdzieniegdzie przetrwał stary zwyczaj obdarowywania nimi krewnych i sąsiadów.


       Ten dzień pamiętam najlepiej. Z butelkami wody goniliśmy pod kościół, aby z palonego przy nim poświęconego przez księdza ogniska uszczknąć kawałek osmalonego drewienka, które wkładaliśmy do butelki. Było przy tym wiele wrzawy, bo każde z dzieci chciało złapać najczarniejszy węgielek. Tą wodą z poświęconym węgielkiem kropiło się potem dom, podwórko, nawet naszego psa, kota i kury.


      Jednak najpiękniejszym w Wielkim Tygodniu był moment, kiedy w czasie mszy rezurekcyjnej rozlegał się donośny dźwięk dzwonów i nareszcie mogliśmy zaśpiewać z całej siły „Alleluja”. Pan Zmartwychwstał. Zło uciekło. Świat się budzi do nowego życia. Nawet my - dzieci  odczuwaliśmy tę chwilę bardzo mocno. Jak coś zagadkowego, tajemniczego, poruszającego do głębi.


       To piękno Wielkanocy tkwi w nas, w każdej naszej tkance. Nieusuwalnie. Nie dajmy sobie tego odebrać.