Czymś co rzuca się w oczy jest wielki rozkwit kulinarnego s-f. Nie są to wszakże opowieści na temat odżywiania się przybyszów z Kosmosu. Oferowane przepisy dotyczą tu i teraz. Wystarczy sięgnąć po kolorową prasę kobiecą, którą zarzuciły polski rynek jakże czule dbające o rozwój ludu polskiego koncerny medialne, w lwiej części te z centralą w Niemczech. Otwórzmy odpowiednią stronę jakiegokolwiek ich pisma dla pań - i oto staje nam przed oczami kraina fantastyki kulinarnej, pełna potraw tak wyszukanych, że nawet sławetna uczta Lukullusa to przy nich mały pryszcz.

Na barwnych fotogramach cudowna zastawa dźwigająca niezwykłe żarełko. Tytuły owych stron: „Kuchnia eleganckiej pani”, „ Kuchnia na wykwintne przyjęcie” itp. Kto ma słabe nerwy i takąż kieszeń – może popaść w głęboki stres, kiedy rozochocone kulinaressy wmawiają mu usilnie, że jedynym celem żywienia rodziny winno być dążenie do wykwintu i porzucenia prymitywnej kuchni, nakazującej ciamkać bigosy, flaki, schabowe, kapustę i wszystko, co nawykliśmy jadać.

Można tym samozwańczym super-kucharzom pozazdrościć dobrego samopoczucia. Wiary, że przykładowa Kowalska rzuci w diabły nędzne kartofle, kapuchy, cebule, i ruszy na podbój żołądka rodziny daniami ze składników, jakie trudno wypatrzeć nawet przez lupę w sklepie osiedlowym i wiejskim. Rzadko dostępnymi rybami, owocami morza, drogim mięsem, egzotycznymi warzywami i przyprawami w rodzaju trufli. Wszystko to kosztowne, drące przeciętną kieszeń na strzępy. Za to jakże na czasie, warte każdych pieniędzy, nawet jeśli potem zostanie Kowalskiej jedynie na chleb z margaryną. 

Uczenie Polek „życia na poziomie” stało się swoistą idee fix gazetowych doradczyń. Cóż z tego, iż rzeczywistość nie chce się do nich dopasować? Dla oferentów owych kulinarnych osobliwości ważne jest, byśmy zmienili sposób myślenia także w tej dziedzinie, będącej mało istotnym, ale jednak elementem zmiany kulturowej, z tej swojskiej, narodowej na „wyższą”.  Sytuację starają się ratować, i chwała im za to, niektórzy rodzimi spece kulinarnej sztuki, promujący prostotę, potrawy oparte na tym co w zasięgu ręki i portfela, tacy jak Okrasa czy Rączka, propagator pożywnej kuchni śląskiej.

Dlaczego, gdy tyle spraw ważniejszych, poruszam właśnie tę? Mam po prostu dość odsuwania w cień i podcinania kolejnego filaru naszej odmienności - polskiej kuchni. Czy medialne kulinaressy nie widzą, że my sami, jak też ci, co odwiedzają nasz kraj niekoniecznie łakniemy sałatek z ostryg i homarów, faszerowanych polędwiczek z najdroższego mięsa, deserów z egzotycznym nadzieniem, kaczek w pomarańczach lub granatach, steków garnirowanych kawiorem? To nie mój wymysł, to wypis z gazetowych i internetowych stron kulinarnych...

Mam w pamięci gromadę niebiednych Anglików, obżerających się kilka dni z rzędu polskimi gołąbkami i pierogami, i to w zwyczajnym barze mlecznym. Albo Szwajcarów przyklejonych do łyżki z bigosem i łapczywie pożerających chleb ze smalcem i kiszonym ogórkiem. To nie fantastyka kulinarna kazała im sięgać do talerzy. To nasza wspaniała kuchnia.     

Zuzanna Śliwa