W sobotę 20 lipca odbył się w Białymstoku pierwszy tzw. Marsz równości. Liczba jego uczestników nie przekroczyła tysiąca, a wielu z nich przyjechało do nas z Holandii i Niemczech. Do naszego miasta przybyli również kibice z całej Polski, którzy na tę okoliczność zawarli między sobą „pakt o nieagresji”.

 

Dwa tygodnie wcześniej w białostockich kościołach była czytana odezwa Ks. Abp. Tadeusza Wojdy SAC w związku z planowanym marszem. Arcybiskup stwierdził w niej m.in. że marsze tego typu są inicjatywami obcymi „naszej podlaskiej ziemi i społeczności, która jest mocno zakorzeniona w Bogu, zatroskana o dobro własnego społeczeństwa, a zwłaszcza dzieci”. Zwrócił uwagę na ich gorszący, niecenzuralny charakter i liczne akty profanacji, do jakich podczas nich dochodzi. Stwierdził też, że chociaż taki marsz „zakłada przeciwdziałanie domniemanej dyskryminacji wspomnianych środowisk [lgbt], w rzeczywistości sprzyja dyskryminacji innych – tych, których sumienie jest wyczulone na dobro społeczne,  chrześcijańskie i obyczajowe”. Na koniec zachęcił nas do tego, abyśmy kochając i akceptując człowieka, stanowczo powiedzieli „nie” niszczącej ideologii. Poprosił wszystkich katolików o modlitwę i ofiarowanie swoich cierpień „w obronie chrześcijańskiej wizji człowieka, rodziny i najwyższego jej dobra, jakim są dzieci”.

 

Marsz równości wyruszył z placu uniwersyteckiego ok. godziny 14.30. W odpowiedzi na odezwę Ks. Arcybiskupa od rana do godziny 16.00 trwała w katedrze adoracja wynagradzająca, w której uczestniczyły wspólnoty z Białegostoku i okolic. Mniej więcej ok. godziny 13.00 spod kościoła św. Rocha wyruszył marsz osób pragnących okazać swoje przywiązanie do tradycyjnych wartości. Manifestanci dotarli pod katedrę i tu się zatrzymali. Tu bowiem czekała już na nich grupka modlących się ludzi. Był pełen plac i ok. 14.15 ks. Grzegorz Śniadoch IBP z białostocką Krucjatą Młodych oraz z ks. Proboszczem Henrykiem Żukowskim rozpoczęli Różaniec wynagradzający na schodach kościoła. Oprócz prowadzących i wiernych świeckich w modlitwach wzięło udział kilkoro księży i sióstr zakonnych. W planie były trzy części Różańca, którym towarzyszyły rozważania i wypowiedzi świętych dotyczące okropieństwa grzechów sodomskich. Z racji przedłużającego się pochodu środowisk lgbt blokowanego przez kontrmanifestantów – modlitwy przeciągnęły się aż do godziny 17... W tym czasie przed Pałacem Branickich trwał piknik rodzinny zorganizowany przez Marszałka Województwa Podlaskiego Artura Kosickiego.

 

Tego dnia władze od początku działały na szkodę różnych kontrmanifestacji. Nie ma co się dziwić – Pan Prezydent Truskolaski należy do zarządu Związku Miast Polskich, czyli miast otwartych na uchodźców, lgbt i wszystko to, co promuje Zachód, jest więc zobowiązany wspierać tego typu marsze jak ten sobotni. W celu stłumienia jakichkolwiek prób sprzeciwu ściągnięto do nas uzbrojone jednostki policyjne z całej Polski, a nad naszymi głowami latał helikopter straży granicznej.

 

Byłam naocznym świadkiem wszystkich tych wydarzeń. Początkowo uczestniczyłam w modlitwach pod katedrą. Jednak kiedy Marsz równości przybliżył się do nas, a więc pojawiło się zagrożenie, że dojdzie do profanacji i zgorszenia dzieci znajdujących się na placu, z grupką ludzi, z transparentem „Mama i tata największym skarbem świata” przenieśliśmy się  na czoło, aby zablokować przejście. Miejsce, w którym stanęliśmy, było legalnie zgłoszone w urzędzie. Policja wówczas po raz pierwszy zmieniła trasę marszu, a ja pozostałam w tłumie, modląc się.

 

Ok. godziny 16.30 manifestanci ponownie zaczęli kierować się w stronę katedry. Znów utworzyliśmy blokadę, trzymając w górze różańce. W tłumie, który się za nami gromadził, nie tylko byli kibice, ale i starsze osoby, kobiety, ojcowie rodziny... Gdy policjanci przybliżyli się do nas, zupełnie na nic nie zważając, zaczęli rzucać w nas granatami hukowymi, polewać gazem pieprzowym, a niektórzy z nich podbiegli do nas z pałkami... Na bezbronnych! Potem w telewizji jeden z nich powiedział, że rzucaliśmy kamieniami i butelkami i że to był powód, dla którego musieli nas tak potraktować – co nie jest prawdą. Słyszałam, że miała miejsce sytuacja, w której ktoś rozbił przed policjantami małą butelkę tymbarka. Ktoś ponoć rzucił też koszem. Ktoś inny na samym początku marszu, w odpowiedzi na prowokację jego uczestników krzyczących w stronę kibiców: „Kochamy was! Chodźcie z nami!”, rzucił w ich pobliże kostkę brukową... Wiadomo, że w tak licznej grupie nieuniknione jest, że trafi się kilka takich osób. Jednak w przeważającej większości sytuacji mundurowi używali broni na nieuzbrojonych i całkowicie nieagresywnych cywilów – podobnie jak to miało miejsce w Częstochowie. Wiele osób zostało dotkliwie poparzonych gazem, m.in. 70-letnia pani Stanisława, która po tych wydarzeniach trafiła na SOR. Sama, zresztą, z powodu pieczenia poparzonej skóry nie przespałam nocy...

 

Dlaczego – pytam – pozwala się jednym środowiskom bronić swoich poglądów, podczas gdy innych za to samo traktuje się gazem? „Zupełnie jak za stanu wojennego” – stwierdziła smutno pani Stanisława. Przykre jest to, że ci, którzy powinni bronić porządku, którzy przysięgali bronić Konstytucji RP – w tym dniu stanęli po stronie tych, którzy tę Konstytucję publicznie znieważali. Art. 18. mówi jasno: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Zaś art. 72 ust.1 zapewnia, że „każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą (...) i demoralizacją”. A więc: rodzina i dzieci powinny być chronione przez państwo.

 

Tymczasem te tzw. Marsze równości stają się widowiskami gorszącymi i deprawującymi, szargającymi świętości i dobre obyczaje – jak pokazały to wyraźnie ostatnie wydarzenia. Marsze te stanowią zachętę do różnego typu dewiacyjnych, obscenicznych i wyuzdanych zachowań, do grzechów, które Kościół określa jako „wołające o pomstę do nieba”, tzn. szczególnie ciężkich. Wywierają również presję na obywatelach, aby takie zachowania zaczęli uznawać za normalne, godne pochwały i tego samego uczyli swoje dzieci... Zgodnie zaś z art. 196 kodeksu karnego ten, kto obraża uczucia religijne innych osób, podlega karom grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 2.

 

Marsze te więc godzą zarówno w Konstytucję, jak i naruszają przepisy kodeksu karnego. Dlaczego więc państwo przyzwala na coś takiego? Dlaczego broni nieporządku, a atakuje bezbronnych obywateli granatami, gaśnicami i gazem pieprzowym...? Powszechnie wiadomo, że kilka dni przed marszem została zmieniona osoba na stanowisku komendanta policji. Można zadać sobie pytanie: Czy miało to wpływ na takie, a nie inne decyzje funkcjonariuszy?

 

Jako obywatelka tego kraju – zawiodłam się na jego władzach. Z drugiej jednak strony byłam bardzo zbudowana postawą ludzi, którzy w obronie najcenniejszych wartości potrafili się zjednoczyć i zgodnie działać. Przechodnie na ulicach klaskali i cieszyli się, że ktoś odważył się powiedzieć „NIE” deprawacji. Przekonałam się również, że wielu z tych chłopaków, którym przyczepia się etykietę „zbójów” i „faszystów”, to naprawdę dobre chłopaki. Nie można wrzucać wszystkich do wspólnego worka. Jeden z nich  podbiegł do mnie po ataku policji i zapytał: „Czy nic się siostrze nie stało?”. Inny starał się obronić starszą kobietę przed poparzeniem gazem... W środowiskach kibicowskich zwykle dominują dwa problemy: nadużywanie alkoholu i wulgaryzmy. Czy jednak te same problemy nie pojawiają się w środowiskach lgbt? Owszem – i nie tylko tam. Dlaczego więc tak łatwo wybaczamy coś jednym, a innych za to samo linczujemy?

 

Ostatecznie manifestacja ideologii lgbt przed samą katedrą nie przeszła, ponieważ pod kościołem trwała publiczna modlitwa. Nie doszło więc – dzięki Bogu – do aktów profanacji. Policja oszacowała, że kontrmanifestacja liczyła ponad 4 tys. osób, więc prawie 5 razy więcej niż idących w marszu równości. Trzeba by do tego doliczyć jeszcze osoby modlące się pod katedrą i rodziny na pikniku po cichu manifestujące swoje przywiązanie do tradycyjnych wartości.

 

Na drugi dzień natomiast Krucjata Różańcowa za Ojczyznę zorganizowała Marsz w obronie rodziny, w którym znów białostoczanie licznie wzięli udział. Możemy mieć nadzieję, że choć trochę pocieszyło to Serce Boże, że znalazło się tyle osób gotowych stanąć w obronie Jego ołtarzy, praw i Majestatu...

 

Nie ma co się jednak zbytnio cieszyć. Sprzeciw białostoczan wywołał taką burzę w Polsce i poza jej granicami, że już na tydzień później środowiska lewicowe zaplanowały kolejny marsz – tym razem pod szyldem „przeciwdziałania agresji”. Tylko – czyjej? Czy naszej? Czy policji? Czy może środowisk lgbt, które wielokrotnie okazały swoją nienawiść do katolików i tradycyjnych wartości? Niestety. Patrząc na organizatorów, można smutno przypuszczać, że jednak to „przeciw przemocy” będzie oznaczało po raz kolejny agresję wobec chrześcijaństwa, tradycyjnej rodziny i normalności...

 

Jak poinformował korespondent TVP Cezary Gmyz po wydarzeniach w Białymstoku: „W Niemczech okrzyki „wyp...” i obrzucanie uczestników Marszu Życia zużytymi podpaskami to norma. Jak ktoś nie wierzy – zapraszam 21 września”... Ten fakt powinien nam dać do myślenia.

 

Jeżeli pozostaniemy bierni wobec narzucanych nam destrukcyjnych ideologii, to z naszym krajem stanie się niebawem to samo, co z wieloma innymi krajami europejskimi: to, co naturalne i tradycyjne – zostanie uznane za nienormalne, a to, co przeciwne naturze i gorszące – za powód do dumy.

 

Walczmy więc: różańcem, ofiarą i stanowczym „nie” dla deprawacji.

 

 

VIVA CRISTO REY!

 

 

 

Anna Olechno

 

 

 

 

[Na marginesie: Moje zdjęcie z różańcem, które znajduje się obok, krąży bezprawnie po internecie z różnymi „ciekawymi” podpisami. Zrobiła mi je kobieta popierająca marsze równości. W ten sposób stałam się faszystką numer 1 w Polsce...]