No i właśnie okazało się, że tym razem Duchowi spodobało się tchnąć na sodomitów i gomorytów, co z jednej strony jest niepokojące, bo może to być zwiastun „dni ostatnich”, ale z drugiej strony przyjemne, zwłaszcza dla żydokomuny i lewicy laickiej, bo wylanie Ducha na sodomitów i gomorytów pokazuje, iż nawet Niebo zaczyna stosować się do zasad politycznej poprawności i zadbało o to, by ani sodomici, ani gomoryci, nie poczuli się „wykluczeni” czy „stygmatyzowani”. Widomym znakiem tego, że tak właśnie jest, jest list, jaki pan Robert Biedroń wysłał do papieża Franciszka, w którym wzywa go, by zrobił porządek z arcybiskupem Markiem Jędraszewskim, który w kazaniu strawestował wiersz Józefa „Ziutka” Szczepańskiego „czekamy na ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci...” w ten sposób, że zmienił kolor „zarazy” z „czerwonego” na „tęczowy”. Przypomina to słynny dyskurs rabina Joskowicza z Janem Pawłem II, kiedy to rabin wymachiwał palcem przed papieskim nosem i sztorcował Namiestnika Chrystusa na Ziemi,  żeby „pan papież wezwał swoich ludzi” do usunięcia krzyża z obozu w Oświęcimiu. Duch – Duchem, ale to przecież nic nie przeszkadza, by pan Biedroń czerpał inspirację właśnie od rabina Joskowicza, a nie – dajmy na to – od pana Zagłoby. Jak pamiętamy z „Potopu”, kiedy pan Zagłoba, jako tymczasowy regimentarz przekazywał obóz hetmanowi Sapieże, zdawał mu relację ze swoich czynności, między innymi – z korespondencji, jakie prowadził. Hetman, którego ta relacja zaczęła nudzić, zapytał tedy pana Zagłobę, czy nie korespondował aby i z cesarzem niemieckim. Na to dotknięty do żywego pan Zagłoba odparł, że „z takim potentatem nie korespondował, by nie powiedziano o nim: jakaś głowa kiepska, musi być w Witebska”. W odróżnieniu od pana Zagłoby, pan Biedroń najwyraźniej jest ze swego rozumu bardzo zadowolony – ale jakże inaczej, skoro przez jego usta przemawia sam Duch? Ciekawe, co papież Franciszek mu odpowie, tym bardziej ciekawe, że pamiętamy, jak podczas audiencji, której udzielił był mojej faworycie, Wielce Czcigodnej Joannie Scheuring-Wielgus, pocałował w rękę filuta, co to przypomniał sobie, że był molestowany przez księdza i nawet stanął na czele fundacji „Nie bzykajcie się!”, czy jakoś tak. Ano, jak ktoś chce się przyjaźnić, a tym bardziej – miłować ze wszystkimi - to prędzej, czy później musi wpaść w złe towarzystwo, które do amikoszonerii ma prawdziwą zapamiętałość, toteż nic dziwnego, że – jak to mówiono za mego dzieciństwa - „za pan brat świnia z pastuchem”.  Nawiasem mówiąc, moja faworyta też miała przejścia traumatyczne, bo kiedy miała 14 lat, podobno spowiednik wypytywał ją natarczywie, czy już się bzykała. Jak tam było, tak tam było; widać, że bzykanie to sprawa poważna, więc tylko patrzeć, jak edukacja seksualna ze szkół trafi na uniwersytety, gdzie  studenci będą musieli zaliczać kolokwia z masturbacji i spółkowania z każdą płcią, przynajmniej spośród siedmiu dotychczas zidentyfikowanych.

Ale nie tyko podstarzali młodzieńcy w rodzaju pana Biedronia mają „widzenia”, inaczej zwane halucynacjami. Oto 24-letni młodzieniec, pan Aleks Polak, w Wyższej Szkole Gotowania Na Gazie, oficjalnie pretensjonalnie nazwanej „Collegium Civitas” studiujący – oczywiście w chwilach wolnych od walki z dyskryminacją sodomitów i gomorytów – International Peace & Conflict Studies – oczywiście w języku cudzoziemskim, bo w tubylczym narzeczu nie brzmiałoby to tak patetycznie, ot zwyczajnie – opowieści o wojnie i pokoju. Janusz Głowacki w jednym ze swoich opowiadań odnosi się do tych opowieści lekceważąco: „O czym pisze ten Maks F? - O wojnie. - O wojnie? Mnie też raz Niemcy postawili pod ścianą; zesrałem się oczywiście, ale żeby to zaraz opisywać?” Ale dzisiaj takie czasy, że jedni wszystko opisują,  a inni, w przekonaniu że to wszystko naprawdę, pilnie tę pisaninę studiują, co jeszcze przed pierwszą wojną światową przewidział Rudomina-Dusiacki, przygotowując dla dzieci elementarz, w którym na przykład pod literą „U” czytamy: „Upławy u Urszuli” - i tak dalej. Tedy ów pan Aleks Polak zorganizował był kocią muzykę przed Nuncjaturą Apostolską w Warszawie, najwyraźniej w intencji opamiętania  Kościoła, by nie sprzeciwiał się więcej sodomitom. Toteż na skutki nie trzeba było długo czekać i JE Abp Stanisław Gądecki przypomniał, że chociaż sodomia i gomoria jest zła, to sodomitów i gomorytów mamy „miłować”, cokolwiek by to miało znaczyć.

 

Ale „dni ostatnie” nie byłyby pełne, gdyby „snów” nie mieli też „starcy”. Toteż odezwał się jeden ze starców, co to jeszcze samego znali Stalina, mianowicie parający się aktorstwem pan Stanisław Brejdygant, pryncypialnie skrytykował Kościół w „Liście Otwartym do katolików w Polsce, którzy wciąż są chrześcijanami” - że Kościół trwa w ucieczce przed „prawdą”. Tymczasem, jak skądinąd wiadomo – prawda leży pośrodku, to znaczy - między nogami. Wprawdzie nic nie wiem o tym, by pan Stanisław Brejdygant miał jakieś inklinacje sodomickie, czy gomoryckie, ale skoro Duch właśnie natchnął „wszelkie ciało”, to nie musi przecież kierować się sławną „orientacją seksualną” i do niej ograniczać swoje szczodroty,  więc nie tylko sodomitów, ale i cywilów może oświecić teologicznie. W dodatku pan Stanisław Brejdygant jest bardziej szczery i osadzony towarzysko w realiach, dzięki czemu możemy poznać nazwiska przedstawicieli przewielebnego duchowieństwa, którzy w naszym nieszczęśliwym kraju tworzą zręby „Żywej Cerkwi”, która już w niedalekiej przyszłości będzie oddawała naszemu okupantowi nieocenione usługi na religijnym odcinku frontu ideologicznego.