Odkrycie wszystkich dobrodziejstw, związanych z drzewem o nazwie kauczukowiec brazylijski (Hevea Brasiliensis), doprowadziło do zmiany oblicza ogólnoświatowego przemysłu oraz pierwszego tzw. boomu kauczukowego na przełomie XIX i XX wieku. O co tyle zamieszania? Wszystko związane jest z niesamowitymi właściwościami soku mlecznego (lateksu), zawartego w tym wiecznie zielonym drzewie, występującym w amazońskich lasach w Brazylii, Peru, Kolumbii i Wenezueli. Żeby je zebrać, należy wczesnym rankiem wyciąć nacięcie w kształcie litery V w pniu drzewa, liczącego sobie od 5 do 25 lat. Potem tuż poniżej umieszcza się naczynie, do którego przez minimum 8 godzin spływa sok mleczny. Zebrany w ten sposób płyn najczęściej jest oczyszczany i prasowany w postać arkuszy. Następnie wysyła się go do zakładów przemysłowych lub już na plantacji suszy i ulepia w bryły. Najlepszy kauczuk naturalny w swojej ostatecznej formie ma żółte zabarwienie i jest twardy.

 

Zmiana reguł gry

Warto wspomnieć, że na długo przed Europejczykami technologię pobierania i obróbki kauczuku opracowali starożytni Indianie z Ameryki Południowej i Środkowej. Podczas swojej drugiej wyprawy Krzysztof Kolumb i jego towarzysze zwrócili uwagę na elastyczną piłkę, której używali do gry mieszkańcy Hispanioli (dziś Haiti). Nie mogli uwierzyć, że „magiczna” kula jakimś cudem odbija się od powierzchni. Mimo tego jeszcze długo przybysze ze Starego Kontynentu nie potrafili nauczyć się uzyskiwać i obrabiać kauczuku. W 1770 r. angielski naukowiec Joseph Priestley użył tego materiału jako gumki do ścierania, wprowadzając go na rynek produktów piśmienniczych. Z kolei w 1823 r. szkocki uczony Charles Macintosh przetworzył chemicznie kauczuk naturalny tak, że nie przechodził on wilgocią i nie zmieniał postaci pod wpływem wysokiej lub niskiej temperatury. Sześć lat później Charles Goodyear przypadkowo wynalazł wulkanizację, rozlewając mieszaninę kauczuku i siarki na gorącym piecu. Zapotrzebowanie na ten surowiec nagle radykalnie wzrosło w związku z opracowaniem formuły na wytwarzanie z niego gumy i rozwojem motoryzacji. Tak właśnie rozpoczął się pierwszy boom kauczukowy. O przemysłowym sukcesie materiału zadecydował szereg cech, a głównie jego: miękkość, plastyczność, twardość, odporność na uszkodzenia mechaniczne, ścieranie czy wahania temperatur.

Druga, znacznie krótsza fala zwiększonej produkcji tego surowca nastąpiła podczas II wojny światowej. Malezyjskie plantacje zostały wtedy przejęte przez Japończyków i na pewien czas wróciło zainteresowanie kauczukiem z Amazonii. Decyzją prezydenta Brazylii dostarczano go wojskom alianckim.

 

Ratunek dla przyszłych pokoleń

Obecnie spokojnie możemy mówić o epoce trzeciego boomu kauczukowego, ale tym razem podłożem jest dbałość o przyrodę i walka z efektem cieplarnianym, a także jego nietoksyczność. Wystarczy wspomnieć, że według raportu WWF ze względu na wszechobecność plastiku we wszystkich dziedzinach życia, każdy człowiek zjada co tydzień prawie 5 g tego trującego materiału, czyli tyle ile potrzeba do wyprodukowania karty płatniczej. Dodajmy do tego, że zgodnie z prognozami większości ekologów, potwierdzonymi zeszłorocznym raportem ONZ-owskiego Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, m.in. bezustanne karczowanie lasów przez człowieka zakończy się dla nas katastrofą. I to znacznie szybciej niż myślimy. Tymczasem odpowiedzią na plastik jest właśnie sok mleczny z „płaczącego drzewa”, jak kiedyś nazywano kauczukowiec. Fakt, że kauczuk jest pochodzenia naturalnego, a jego wytwarzanie nie wiąże się z brutalną degradacją środowiska, jest dla walki o lepszą i czystszą Ziemię nie do przecenienia.

Wie o tym doskonale branża dziecięca, w której od dłuższego czasu można zaobserwować konsekwentnie wypieranie plastikowych czy silikonowych zabawek, gryzaków, piłeczek i innych akcesoriów ich kauczukowymi odpowiednikami. Nie dość, że przyjazdy dla natury, to okazuje się on zdecydowanie najbezpieczniejszy dla zdrowia maluchów. Świetnym przykładem są np. smoczki duńskiej marki Hevea, w całości wykonane z kauczuku naturalnego. Nie ma w nich ani śladu używanego do produkcji tworzyw sztucznych bisfenolu, PVC (polichlorku winylu), ftalanu (soli i estrów kwasu ftalanowego), substancji rakotwórczych, zmiękczaczy, parabenów i barwników. Nie powodują one alergii, nie przyciągają kurzu i nie elektryzują się. Każdy szkrab chętnie po nie sięgnie, bo są miękkie, gładkie i plastyczne. W dodatku łatwo nadać im kształt, imitujący np. sutek matki. Ssanie nie wymaga od bobasa wiele wysiłku. Gdy smoczek wypadnie bobasowi z ust, a w trakcie snu przekręci się on bok , nie odkształci mu się on na buzi. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości co do ekologicznej strony takich smoczków, warto podkreślić, że są one w pełni biodegradowalne. Po zużyciu można je zakopać w ogródku albo na działce, gdzie względnie szybko się rozłożą.

 Artykuł przygotowano we współpracy z www.babyandtravel.pl.