Zawiera ona właśnie opis tego, w myśl jakich zasad Kościół katolicki ma zostać przekształcony, aby w końcu reprezentował „ewangeliczny katolicyzm” (a tak naprawdę ezoteryczne chrześcijaństwo przyszłości). Jest to publikacja tendencyjna, złożona z ogólników i stwierdzeń bez żadnego pokrycia w przytaczanych faktach czy argumentacji, ahistoryczna, w której przeszłość jest wykorzystywana tylko do potwierdzenia własnych racji, a przy tym niezwykle obszerna (386 s.). Między jej wierszami można jednak wyczytać czego chcą wrogowie Kościoła.

W rozdziale „Wizja katolicyzmu ewangelicznego” pada stwierdzenie, że posoborowy podział na „progresistów” i „konserwatystów” nie ma sensu. Rzekomo dużo bardziej właściwie jest mówienie o katolicyzmie „kontrreformacyjnym” i „ewangelicznym”. Pierwszy miał powstać po Soborze Trydenckim, w reakcji na protestancką reformację. Z całą pewnością sobór ten miał wielki wpływ na Kościół, ale mówienie, że zapoczątkował on nową formę katolicyzmu jest błędem. W żaden sposób nie odciął się on od przeszłości, nie przyniósł jakiejś nowej nauki, ale utrwalił jedynie to, co głoszono przez wieki. W przypadku liturgii chociażby na soborze tym uznano, że każda postać liturgii, która ma ponad 200 lat musi zostać zachowana. W ten sposób Sobór Trydencki postanowił oczyścić Kościół z pewnych najnowszych naleciałości, a nie zwalczał tego, co głoszono dotychczas[1].

Można metaforycznie mówić o katolicyzmie „kontrreformacyjnym” w tym sensie, że postawiono na Soborze Trydenckim nacisk na określone kwestie, a w jego wyniku powstała nowa jakość kultury katolickiej (barok), duchowość, umysłowość. Wyróżnianie katolicyzmu „ewangelicznego” jest już jednak tendencyjnym nadużyciem, które służy do napiętnowania przeszłości (skoro nowy katolicyzm jest „ewangeliczny”, a więc zgodny z Ewangelią, z Objawieniem to stary był jakimś ludzkim wymysłem).

George Weigel w sposób całkowicie arbitralny głosi, że ten nowy katolicyzm narodził się wraz z ostatnim papieżem XIX w. – Leonem XIII. Ponoć wówczas miały zacząć się reformy Kościoła. W sensie ścisłym jednak, jak powiedział św. Augustyn, „Ecclesia semper reformanda est” (Kościół nieustannie się reformuje). Pytanie tylko, jak pojmujemy tę reformę[2].

W opisywanej książce jest przedstawiona interpretacja, z której wynika, że to właśnie Leon XIII zapoczątkował proces, którego skutkiem był Sobór Watykański II i późniejsze zmiany. Teza ta nie ma żadnego historycznego uzasadnienia. Wizja samej reformy Kościoła od Leona XIII po Piusa XII jest zupełnie inna niż u Jana XXIII i później.

Nawiązanie do tego właśnie papieża nie jest jednak przypadkowe. Charyzmatycy często się na niego powołują, bo w 1897 r. napisał on encyklikę o Duchu Świętym pt. „Divinum Illud Munus”, w której papież ten wiele mówił o Duchu Świętym, zwracał się do Niego w modlitwach i rzekomo miał się modlić o Jego nowe wylanie. Marcin Zieliński posunął się nawet do twierdzenia, że jego modlitwa została wysłuchana wraz z pojawieniem się Ruchu Zielonoświątkowego. Jest to mit, bo w przywołanej encyklice pojawiają się słowa, które temu przeczą: „Nie można wymyślić ani oczekiwać jakiegoś większego i pełniejszego objawienia i ukazania się Ducha Bożego, to bowiem, które występuje teraz w Kościele, jest z pewnością największe i będzie trwało tak długo, aż Kościół po przejściu stadium wojowania dojdzie do radości tryumfujących w społeczności niebieskiej”.

Papież wyraźnie stwierdził, że Duch Święty „objawił się i ukazał” w całej pełni. W związku z tym nie można oczekiwać żadnego wylania Ducha Świętego. Pięćdziesiątnica, wylanie Ducha Świętego, wiązało się z ustanowieniem Kościoła, o czym przypominał także Benedykt XVI. Oczekiwanie Nowej Pięćdziesiątnicy jest więc spodziewaniem się, że powstanie nowy kościół. Ruch Zielonoświątkowy, który powołuje się na takie nowe wylanie, w rzeczywistości tworzy nowe ezoteryczne chrześcijaństwo przyszłości, Kościół Ducha[3].

W książce Weigela mamy następnie do czynienia z popularnym, ale pustym hasłem, że Sobór Watykański II był Nową Pięćdziesiątnicą i z szeregiem tendencyjnych, prymitywnych par przeciwieństw. Po jednej stronie jest katolicyzm „kontrreformacyjny”, który miał być „wygodny” (bo nie podejmujący walki z antychrześcijańską kulturą), mało wymagający (bo „katechetyczno-dewocyjny”), pozbawiony kultury religijnej, budujący wspólnotę dla samej wspólnoty. Po drugiej stronie natomiast jest katolicyzm „ewangeliczny”, który jest trudny (bo dąży do nawracania i wytworzenia kontrkultury), wiąże się z potrzebą nabycia kultury religijnej i formacji, buduje wspólnotę dla przyjmowania tajemnic wiary, wzywa cały Kościół do świętości, pogłębia wiarę i czyni ją głęboko biblijną i sakramentalną, jest kreatywny intelektualnie i może wyprowadzić Kościół z kryzysu[4].

Oskarżenia te i szumne twierdzenia rzucane są bez żadnych przykładów, dowodów, ani jakichkolwiek odniesień do autorytetów. Każde z nich wymagałoby oddzielnego, obszernego omówienia, ale ze względu na brak miejsca, warto poczynić chociaż kilka uwag. To po Soborze Trydenckim przeciwstawiono się zdecydowanie pogańskiej kulturze renesansu i protestantyzmu, tworząc kulturę baroku. To ten czas był okresem katolickiej kontrkultury, duchowej walki, która przed Soborem Watykańskim II wyrażała się troską o budowanie społeczeństw poddanych Chrystusowi Królowi. To na Soborze Watykańskim II postanowiono natomiast zrezygnować z „języka polemicznego”, „otworzyć się” i tym samym poddać pogańskim wpływom świata.

To właśnie katolicyzm „kontrreformacyjny” (a tak naprawdę po prostu jedyny prawdziwy katolicyzm) stawiał ludziom wielkie wymagania, tworzył kulturę religijną (wybitne dzieła św. Jana od Krzyża czy św. Teresy z Avila), bazował na głębokiej filozofii św. Tomasza z Akwinu i myśli klasycznej grecko-rzymskiej, stawiał na formację, tworzył jednolitą wspólnotę wiary, wzywał do świętości, był tradycyjny, biblijny i sakramentalny.

Natomiast katolicyzm „ewangeliczny” (a tak naprawdę posoborowe wypaczenie katolickiej wiary) drastycznie zmniejszył wymagania (choćby ograniczenie postu, zapomnienie o grzechach cudzych i uczynkach miłosierdzia względem duszy – patrz: „upominać grzeszników”), spowodował kryzys powołań (w tym misyjnych), zrezygnował z kultury katolickiej, odrzucił filozofię, zniszczył formację, podzielił Kościół, odznacza się głębokim upadkiem moralnym, zakwestionował Tradycję, profanuje sakramenty (Eucharystii, spowiedzi, małżeństwa), traktuje Biblię na sposób protestancki (a więc tendencyjny i instrumentalny). W ten sposób nie może on być remedium na kryzys, który sam wywołał i który pogłębia.

Na kolejnych stronach przywoływanej publikacji znajdujemy dalszą charakterystykę katolicyzmu „ewangelicznego” w tym samym duchu, pełnym patosu i pustych haseł. Tym, co w niej uderza jest utopijność myślenia, podkreślanie „dojrzałości” wierzących, lekceważenie znaczenia doktryny na rzecz duszpasterskiej troski, jedność katolików i protestantów. Mamy tu do czynienia z zawoalowaną formą głoszenia nowego ezoterycznego chrześcijaństwa przyszłości. Świadczą o tym także postulaty przeobrażenia Kościoła: poprzez zreformowanie episkopatów (w duchu kolegialnym) i samego kapłaństwa, dalszą reformę liturgii, reformę życia konsekrowanego, reformę powołania świeckich, reformę życia intelektualnego Kościoła, reformę modelu relacji Kościół – państwo, reformę papiestwa i Kurii Rzymskiej[5].

Zatrzymałbym się w tym wypadku jedynie nad opisem postulowanej reformy papiestwa. Weigel uznaje, że po Soborze Trydenckim wytworzył się zbyt autorytarny sposób sprawowania urzędu papieskiego. Po Soborze Watykańskim II miał on jednak zacząć zanikać. Nowe podejście osłabia znacznie władzę papieża, czyniąc z niego przede wszystkim świadka wiary, misjonarza, który jest otwarty, życzliwy i potrafi się z każdym porozumieć.

Wizja G. Weigela jest przerażająca. Ukazuje ona, jak bardzo Kościół już się sprotestantyzował i przestał być sobą. Tym, co jednak jeszcze bardziej uderzające jest to, że autor ten nie tworzy swoich przemyśleń na jakimś marginesie. Jest to nie tylko poczytny pisarz, ale ktoś, kto cieszy się zaufaniem wielu hierarchów. Dość powiedzieć, że o tej pracy bardzo pozytywnie wypowiadali się biskupi z różnych stron świata. Można odnieść wrażenie, że firmuje on poglądy najbardziej liberalnych kapłanów, którzy jako duchowni, nie odważyliby się jeszcze na taką publikację.

 

 

Powyższy tekst jest fragmentem nowej książki Michała Krajskiego pt. "Rewolucja charyzmatyczna".

Dostępna jest na stronie wydawcy - Tutaj

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] G. Weigel, Ewangeliczny katolicyzm: głęboka reforma w Kościele XXI wieku, tł. G. i A. Gomola, Kraków 2014, 27-38.

[2] Tamże, 30-33.

[3] Benedykt XVI, Dzień, w którym Duch Święty ustanowił Kościół, Msza św. w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 11 maja 2008 r.

[4] Tamże, 40-47.

[5] Tamże, 167-373.