Niemiecka polityka emisyjności zawiera pewien trik. Wszyscy wiemy, że Niemcy wydzielają najwięcej CO2 w Europie, a ostatnio otworzyli nawet kolejną elektrownię węglową. Na potrzeby obliczeń jednak, jako kryterium przez politykę Unii Europejskiej został przyjęty przelicznik „na głowę”. Tak więc pomimo faktu, że wytwarzają najwięcej zanieczyszczeń w Europie, to mając dużo większą liczbę ludności, wskaźniki w przeliczeniu na jednego mieszkańca pokazują, że rzekomo wypadają od nas lepiej. I nie tylko od nas.

Kolejnym elementem tej niemieckiej polityki energetycznej jest wyzbywanie się przestarzałych technologii, jak na przykład wiatraków. Te oprócz tego, że są przeważnie wyeksploatowane, to jeszcze wymagają stałego dofinansowywania z budżetu państwa. Dodatkowy kłopot, to magazynowanie energii i odpowiednia wietrzność, która w Polsce jest bardzo niekorzystna dla tego rodzaju rozwiązań i w zasadzie jedyne miejsce dla lokalizacji farm wiatrowych to pewne rejony Pomorza.

Finalnie należy jeszcze zwrócić uwagę na sposób finansowania tzw. rozwiązań ekologicznych z funduszy unijnych. Fundusze te są celowe, tzn. że mogą być wykorzystane tylko na określone urządzenia, technologie i rozwiązania. Nie powinno więc w tej sytuacji już nikogo dziwić, że są to produkty wycofywane głównie z rynku niemieckiego. Na tym zarabiają więc bezpośrednio już firmy niemieckie, duńskie, holenderskie i inne, a firmy zarobionymi w ten sposób pieniędzmi mogą już dysponować dowolnie i nikomu nie muszą się tłumaczyć, jak je wydadzą i na co przeznaczą. Można więc się pokusić o stwierdzenie, że jest to swoistego rodzaju "pralnia pieniędzy", a cały proces finansowania to po prostu ustawiony przetarg.