Wideo wywiad ze Stanisławem Michalkiewiczem, o kulisach procesu i nagonki na niego

 

 

 

W wywiadzie Stanisław Michalkiewicz mówił o zaocznym wyroku, jaki został mu zasądzony z powództwa Żanety Kąkolewskiej. Wyrok ten nakazuje „pozwanemu Stanisławowi Michalkiewiczowi, aby w terminie 14 dni od dnia uprawomocnienia się niniejszego wyroku wystosował do powódki Żanety Kąkolewskiej własnoręcznie podpisany pełnym imieniem i nazwiskiem list o następującej treści: ''Ja, Stanisław Michalkiewicz przepraszam Panią za naruszenie Pani dóbr osobistych w postaci dobrego imienia oraz godności, co nastąpiło moimi wypowiedziami na Pani temat w okresie po 2 października 2018 r.''; zobowiązując jednocześnie pozwanego, aby treść przeprosin została spisana komputerowo na białym papierze formatu A4, czcionką Arial o wielkości 12, odstępach między wierszami 1,5 (interlinia), kolorem czarnym i po podpisaniu własnoręcznym wysłana za pośrednictwem Poczty Polskiej listem poleconym do rąk pełnomocnika powódki".

 

W drugim punkcie wyroku zasądzono „od pozwanego Stanisława Michalkiewicza na rzecz powódki Żanety Kąkolewskiej tytułem zadośćuczynienia kwotę 150.000 zł (sto pięćdziesiąt tysięcy złotych) z odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia 4 lipca 2019 roku do dnia zapłaty".

 

Stanisław Michalkiewicz został też obciążony „kosztami postępowania [...] na rzecz powódki kwotę 15.078,48 zł (piętnaście tysięcy siedemdziesiąt osiem złotych 48/100) w tym kwotę 8.100, - zł jako zwrot opłat sądowych od pozwu, kwotę 6.120, – zł jako zwrot wynagrodzeń pełnomocnika powódki".

 

W wywiadzie Stanisław Michalkiewicz opisał też problemy finansowe, w jakie może wpaść powódka z racji na to, że zakon, który ma zapłacić odszkodowanie, wniósł kasacje od wyroku.

 

W artykule „Pod groźbą kasacji" Stanisław Michalkiewicz wskazał, „że akurat tego samego dnia, kiedy – jak się następnego dnia dowiedziałem w banku – rozpoczęła się egzekucja zaocznego wyroku niezawisłego poznańskiego Sądu Okręgowego, »aktywistki« z Poznania przyniosły do klasztoru OO. Chrystusowców opatrzoną 16 tysiącami podpisów petycję, by Zakon wycofał kasację od wyroku, nakazującego mu wypłacenie pani Żanecie Kąkolewskiej miliona złotych oraz dożywotnią rentę z powodu molestowania jej przed 10 laty przez księdza – członka tego Stowarzyszenia".

 

W swoim felietonie Stanisław Michalkiewicz przypomniał, że „wyrok opiewający na zapłacenie tego wszystkiego oparty był na art. 430 kodeksu cywilnego. Dopuszcza on wprawdzie odpowiedzialność innej osoby, niż sprawca czynu niedozwolonego z tytułu wynikłej stąd szkody, ale muszą być spełnione co najmniej trzy warunki łącznie. Przepis ten brzmi następująco: „Kto na własny rachunek powierza wykonanie czynności osobie, która przy wykonywaniu tej czynności podlega jego kierownictwu i ma obowiązek stosowania się do jego wskazówek, ten jest odpowiedzialny za szkodę wyrządzoną z winy tej osoby przy wykonywaniu powierzonej jej czynności." Wynika z tego, że – po pierwsze – zakon Chrystusowców musiałby „powierzyć" owemu księdzu uprawianie stosunków płciowych z nieletnią, po drugie — kierować tym procederem i – po trzecie - udzielać mu wskazówek, jak ma tę „powierzoną" czynność wykonywać. Nie sądzę, aby jakikolwiek z tych warunków został przed niezawisłym sądem udowodniony i pewnie dlatego Sąd Najwyższy będzie rozpatrywał złożoną przez Zakon kasację 20 grudnia br. Najwyraźniej „aktywistki" nie są pewne orzeczenia i stąd akcja zbierania podpisów, by pod tą presją Chrystusowcy kasację wycofali".

 

Prawicowy felietonista w swoim artykule wskazał, że „gdyby Sąd Najwyższy uznał zasadność kasacji, to może nie tylko uchylić zaskarżony wyrok z powodu rażącego naruszenia prawa, ale nawet w pewnym zakresie go zmienić. Zatem jeśli by wyrok poznańskich sądów – bo tamten zaskarżony utrzymał się także w apelacji –został uchylony, to wypłacony milion złotych trzeba by zwrócić. Tymczasem – jak w rozmowie z dziennikarką „Gazety Wyborczej" powiedziała beneficjentka tego wyroku – jej pełnomocnik z tytułu honorarium za prowadzenie sprawy pobrał 300 tysięcy złotych. [...] Zatem w sytuacji, gdy miliona już nie ma – bo w tzw. międzyczasie kilkadziesiąt tysięcy złotych wyłudził od niej pod pretekstem sfinansowania operacji raka trzustki pan Marek Lisiński, stojący na czele fundacji „Nie lękajcie się!" i utrzymujący, jakoby sam padł ofiarą księżowskiej pedofilii, to powstaje szalenie kłopotliwa sytuacja. Nawiasem mówiąc, opowieści pana Lisińskiego, jakoby był molestowany, chyba nie są prawdziwe, bo z różnych okoliczności wynika, że chodziło mu po prostu o wyłudzenie 150 tysięcy złotych od Kościoła – i chyba w tym celu zaprezentował się jako ofiara papieżowi Franciszkowi, który z wrażenia aż pocałował go w rękę. Warto zwrócić uwagę, że kwota 150 tysięcy złotych to tyle samo, co ja mam wypłacić pani Żanecie Kąkolewskiej na podstawie zaocznego wyroku niezawisłego Sądu Okręgowego w Poznaniu"

 

Opisując w artykule okoliczności procesu, o którym Stanisław Michalkiewicz nie wiedział, felietonista stwierdził, że „Sąd Okręgowy w Poznaniu wysyłał wszystkie pisma procesowe na adres, pod którym od ponad 11 lat już nie mieszkam. Podobno nawet wynajęty został detektyw, który ponad wszelką wątpliwość ustalił, że tam mieszkam, chociaż wystarczyło kliknąć moje nazwisko w wyszukiwarce, by znaleźć adres mojej poczty elektronicznej i zwracając się do mnie tą drogą ustalić miejsce mojego zamieszkania. Warto bowiem przypomnieć, że pisma procesowe powinny być stronie doręczone w miejscu jej faktycznego zamieszkania, a nie – w miejscu jej stałego zameldowania. Zresztą, jeśli chodzi o zameldowanie, to przez co najmniej 5 lat byłem zameldowany czasowo pod adresem, pod którym od ponad 11 lat mieszkam, więc i z tego sposobu mógł detektyw skorzystać – ale nie skorzystał. Czy rzeczywiście był wynajęty – tego oczywiście nie wiem, podobnie jak nie wiem, czy koszty tego wynajęcia zostały wliczone do tych ponad 38 tysięcy złotych, jakie tytułem „kosztów" mam zapłacić komornikowi".

 

W artykule Stanisław Michalkiewicz przypomniał, że „właśnie na początku czerwca pani Kąkolewska poinformowała dziennikarkę »Gazety Wyborczej« o 300 tys. złotych honorarium i o swoich obawach, co to będzie, gdy Sąd Najwyższy wyrok uchyli. W tej sytuacji trzeba na wszelki wypadek szukać brakujących pieniędzy, a 150 tysięcy, to już przynajmniej połowa. Jak to się stało, że pani Kąkolewska akurat wtedy zdecydowała się wytoczyć mi proces – tego oczywiście nie wiem".

 

Jan Bodakowski