Na koncercie był taki tłum, jakiego nigdy nie widziałem w tym kościele. Nie tylko wszystkie miejsca siedzące były zajęte, ale ludzi było tak dużo, że zamiast się przeciskać wolałem stać przed kościołem na mrozie i wraz z innymi czekać na Mszę. Tłum reagował żywiołowo, był zachwycony, klaskał - zupełnie inaczej niż podczas liturgii.

A gdyby tak zamiast Mszy co tydzień byłby koncert - pomyślałem - frekwencja w kościele niezwykle by wzrosła, prasa pisałaby o wiośnie w Kościele, wszyscy byliby zadowoleni - duszpasterze, biskupi, wierni... Zostaje jeszcze problem tacy, ale gdyby wprowadzić dobrowolną ofiarę na koncert mogłoby to dać więcej niż taca.

Snując swoją refleksję dalej, pomyślałem - a gdyby wprowadzić gitary i perkusje, zamienić liturgię w spotkanie miłości i tolerancji, przestać mówić o grzechu, który zniechęca, a zamiast tego głosić pokój i dawać wszystko wszystkim - w tym rozwodnikom i homoseksualistom, głosić przy okazji ekologię, pomoc biednym, przyjmować imigrantów - moglibyśmy przyciągnąć kolejne rzesze wiernych.

Kiedy to pomyślałem i byłem już bliski zaproponowania tego proboszczowi, przypomniałem sobie, że to wszystko zrobiono na Zachodzie - najpierw u protestantów a potem u katolików - i... kościoły opustoszały.

Dziwna sprawa, ale w sumie po co chodzić do kościoła, w którym znajdziemy to samo, co gdzie indziej. Lepiej byłoby dać ludziom to, czego nie znajdą nigdzie indziej majestat, piękno, Boga, cześć, które najpełniej znajdują się we Mszy trydenckiej.