Brytyjska redaktor Laura Mowat doliczyła się na terenie Europy dziewięciuset, czyli prawie tysiąc tak zwanych no-go zones. Pod tym pojęciem kryją się strefy zamknięte dla stróżów prawa ze względu na przejęcie ich przez imigrantów. W tylu miejscach potencjalnie może dojść już nie tylko do zamieszek, ale do regularnej wojny. To jest scenariusz wymagający rozważenia, bo grupy terrorystyczne szukają możliwości kształtowania społeczeństw Zachodu w atmosferze strachu. Dlatego obserwowanie doktryny jaką posługuje się dziś wojsko w mieście umożliwia zmierzenie z czym się mierzymy.

Do tej pory dla konfliktów znaczenia miało, że strefa działania była obca dla wojsk podbijających Irak, czy Afganistan. Miejscowi byli nieprzychylnie nastawieni. Dzięki temu miejscy partyzanci chowali się wśród cywilów. Używali dzieci do transportowania ładunków, lub po prostu chowali broń pod ubraniem. Dla armii istotne jest stosowanie reguł otwarcia ognia. One powodują, że dochodzi do sytuacji, iż jeśli ktoś nie zagraża bezpośrednio żołnierzom, a jest wiadome, że należy do terrorystów nie może być po prostu zastrzelony. Policja staje w trochę lepsze sytuacji ze względu na używaną broń, bo w odróżnieniu od wojska nie dotyczą jej konwencje genewskie. Tym samym stosowanie grzybkującej amunicji, czy takich wynalazków jak Glaser (pociski wypełnione śrutem) ma tutaj zastosowanie w majestacie prawa.

WESPRZYJ NAS Rozlicz z nami PIT za 2019 i przekaż 1% podatku na Fundację SOS Obrony Poczętego Życia. Wesprzyj ofiary przemocy domowej i obronę dzieci nienarodzonych!

Ostatni raport z lutego 2020 analityka wojskowości Niklasa Masuhra wskazuje, że za okres przełomy uznaje się 1996 rok. Wtedy generał amerykańskiej piechoty morskiej Charles Krulak podkreślił zmianę w dzisiejszych konfliktach zbrojnych. Odnotował, że to właśnie miasta staną się kluczowe do opanowania państw. Tym samym odrzucił wizję sił konwencjonalnych podbijące w blitzkrieg następne połacie państwa i doprowadzające do zmiany władz.

Bezpieczeństwo w miastach wzrośnie na znaczeniu, bo wedle prognoz Organizacji Narodów Zjednoczonych dwie trzecie Ziemian do 2050 osiedli w typowo miejskich warunkach. Zarówno Rosja, jak i Stany Zjednoczone są zgodne, że armia potrzebuje szkolenia do walk w zabudowie, na ulicach, a nie na przykład lasach. Walki uliczne to Donieck (2014-2015), Mosul (2016-2017), czy Marawi (2017). Konflikty w rejonach zabudowanych odbywały się w Meksyku, Syrii, Jemenie, Donbasie, czy Libii. Również ostatnie konflikty we Francji, Iranie, Libanie, Iraku, Chile, Wenezueli, Sudanie, czy Hong Kongu miały typowo miejski charakter.

Obok terroryzmu Meksyk jest przykładem walk z mafią, w tym przypadku narkotykową. Z kolei Ukraina jest najbliższym nam geograficznie przykładem walki w miastach. Marawi z kolei jest przykładem, jak Państwo Islamskie rozpoczęło pięciomiesięczną batalię rozgrywającą się o miejską zabudowę. Walki trwały dom po domu. Ukraiński Iłowajśk (obwód Doniecki) to z kolei przykład miasta twierdzy, co nasuwa skojarzenia z obroną Leningradu podczas II wojny światowej (aczkolwiek inna jest skala walk i sposób użycia broni).

Na znaczeniu wzrasta kto zyskuje sympatię „ulicy”, czyli okolicznych mieszkańców, co dowodzi przykład Bagdadu. Sprawę dodatkowo komplikuje, że miasta wymagają wyważenia środków, bo atak artyleryjski, chociaż ogranicza straty własne niesie konsekwencje międzynarodowe. Na tym polu prym wiedzie Izrael oraz Niemcy. Posiadają ośrodki treningowe do walk miejskich na poziomie stanowiącym wzór, między innymi dla Wielkiej Brytanii posiadającej do tego celu stworzoną makietę Afgańskiej wioski. Sprawę tego rodzaju działań analizują również Amerykanie, co ze względu na fakt, jak ich armia operuje nie budzi zdziwienia.

O ile pragniemy pokoju i unikamy wojen istnieje jednak szereg osób gotowych do osiągania celów przez zasiewanie strachu. Tym właśnie jest z definicji terror. NATO z wyłączeniem sił specjalnych, a także lotnictwa i artylerii działania w mieście oddały kurdyjskim oraz irackim żołnierzom. Ich rękami zwalczali Państwo Islamskie w miastach. W przypadku jednak no-go zones na terenie Europy nie ma już takiego wyjścia. Celnie ujmuje całą sprawę przysłowie łacińskie: „Si vis pacem, para bellum”, co przekłada się jako „Chcesz pokoju szykuj się do wojny”.

Jacek Skrzypacz