Osobowości, jak się określa ikony sieciowej popkultury, korzystają dziś z Internetu do robienia biznesu. Znany z naśmiewania się z Żydów Pew Die Pie wycofał się z YouTube, co podpisał umowę z nowym kanałem sieciowego video DLive. Tym samym robienie szumu wokół swojej osoby, że ucieka z sieci, było kłamstwem. Dzięki temu zwiększał swoje zyski na koniec pobytu na YouTube. Ukazuje jednak zarazem, że istnieje dziś problem cyfrowego wpływu. Obok aktorów, piłkarzy, czy innych przedstawicieli branży rozrywkowej między innymi YouTuberzy dyktują dziś, co się ogląda, lubi, czy ubiera. Korzystają z tego reklamodawcy, a zwłaszcza młodzi ludzie komentują dziś osoby robiące wokół siebie szum, a nie prezentujące wiedzę, czy rzeczywiste umiejętności.

Dla zwiększania ekspansji media społecznościowe posiłkują się technologią przez otwieranie swoich serwerów. Twitter ustami Jacka Dorseya zapowiedział, że stworzy dostępny dla każdego protokół pozwalający na korzystanie z platformy. Proces ten medioznawcy nazywają decentralizacją platform treść. Wedle przewidywań takie firmy jak DLive, Facebook, Mixex, Reddit (anglojęzyczny odpowiednik polskiego Wykop), Gab, czy YouTube podniosą za pomocą takich działań zaufanie do siebie. Idzie za tym jeszcze inna korzyść. Tym sposobem firmy pozbędą się części odpowiedzialności za usuwanie niewygodnych treści.

Ta strategia informacyjna ma wielkie znaczenie, bo oznacza, że zmniejszy się znaczenie pojedynczych osób a urośnie ludzi. Oczywiście mowa tutaj o teorii, bo podzielenie się na szereg mniejszych sieci nie oznacza, że na przykład Facebook nie będzie miał już prawa głosu. Równocześnie pozwoli na przykuwanie do komputera i telefonu innych, dawniej sprzeciwiających się platformie osób, bo wraz ze wzrostem przekonania o udziale w platformie, kształtowaniu jej formy zwiększa się osobiste zaangażowanie. Tu kryje się nowa pułapka ukrytego, cyfrowego niewolnictwa.

Własność, czyli kto płaci za działanie platformy przekłada się na nowy problem radzenia sobie z cenzurą treści odrzucanych przez właścicieli, jak to stało się w przypadku chińskiego TikTok. Nie ma pewności, czy Stany Zjednoczone będą wiodły tutaj prym, a nie na przykład Chiny, czy Rosja. Już teraz Music.ly jest popularny w Polsce, a stoją za nim nie Amerykanie, ale Chińska Komunistyczna Republika Ludowa. Rosyjska aplikacja FaceApp podbiła wielu użytkowników tym, że pozwalała, aby wyglądali na młodszych. Zarazem obrazki ze zdjęciami osób lądowały na serwerach pod jurysdykcją Władimira Putina. Amerykańska gospodarka przyjęła bez zająknięcia firmę uznającą cenzurę jako metodę działania. Chiński ByteDance, właściciel TikTok oraz Music.ly wytyczył tutaj nową ścieżkę. Na terenie Stanów Zjednoczonych takimi sprawa zajmuje się jeszcze Komitet do spraw Inwestycji Zagranicznych.

Sieci mediów społecznościowych zmagają się ze zmianami upodobań użytkowników. Następuje przechodzenie z jednej platformy na drugą.  Przykładowo w 2018 udział Facebook we wszystkich krajach zmalał, bo konkurencja wprowadziła Historie (Stories). Teraz dwadzieścia cztery procent Amerykanów używa Snapchat, a dla porównania we grupie między osiemnastym a dwudziestym czwartym rokiem życia platforma ma siedemdziesiąt trzy procent użytkowników wedle ustaleń Pew Research Center. Rodzi to szanse, że rynek zmieni nowy podmiot, bo wraz z nim jest szansa na przejęcie użytkowników od innych osób.

Z drugiej strony następuje polaryzacja. Projekt Coral, opracowany przez Google Perspective API, działania Tumblr, Twitter, YouTube dowodzą, że polityka ma również tutaj duży wpływ. Lewicowy Reddit jak usunął wątek poświęcony Donaldowi Trumpowi część użytkowników przeniosła się na inne platformy uznane jako bardziej konserwatywne. Pod hasłem rozprowadzania fałszywek (fake news) zdjęto film Amal Fathy z Egiptu. Informowała w nim o lubieżnej aktywności policji względem jej osoby. Takie postaci nauki jak Morgot Kaminski oraz Jack Balkin dziś ustalają, co może być usunięte w ramach cenzury, i co właściwie ona oznacza.

Zarazem pojawia się problem prawdziwości. Czytam wypowiedzi. Zachwycamy się stylem i dowiadujemy się, że za tym nie stała jedna osoba, ale organizacja, lub też maszyna. Nawet NATO w Łotwie badało, czy jest łatwo kupić poparcie w sieci. Okazuje się, że nie ma z tym problemu. Czy to jest więc wolność?

Jacek Skrzypacz