Pod hasłem content język marketingu, czyli po polsku handlu, przyjął nic innego, jak treść przekazu. Ukazywanie pojęć opakowanych w nowomowę stanowi dziś znak rozpoznawczy wielu branż. Dotyka również on tożsamości nas, odbiorców. Jesteśmy dziś rozliczani jako materiał do handlu. Wprowadza się więcej sposobów analizy, wyciskanie informacji o tym, co myślimy oraz czujemy. Obok tego również rozgrywa się polityka.

Przez ponad dwadzieścia lat formowała się utopia, że Internet nie posiada granic. Cyfrowe obywatelstwo, digital citizens, nie schodziło z ust wielu osób. Za tym stali sieciowi komuniści. Wierzyli, że świat opakowany w język technologii z komunikacją i życiem przenoszonym do sieci zmieni wszystko i doprowadzi do nastania raju na Ziemi. Okazało się, że długie przesiadywanie przed komputerem rujnuje psychikę. Ludzie dziczeją i niczym osoby zamknięte przez dziesiątki lat w pieczarach mają problemy z rozmową. Rzeczy typowe okazały się nagle trudne do zrobienia, bo wymagające już kompetencji nadążania za modą, a nie sięgania po mądrość starszych.

Upadek cyfrowego świata zaznacza się za pomocą regulacji na poziomie państw. Już teraz zamyka się idea Internetu bez granic, bo zależnie od położenia geograficznego ludzie mają inne, obowiązujace ich prawodawstwo. Mieszkańcy Kalifornii mają CCPA, czyli Kalifornijską Ustawę Prywatności Konsumentów. Jest amerykańskim klonem RODO i wymusza, aby firmy nie sprzedawały informacji pozyskanych o swoich klientach. CCPA weszła w życie od stycznia 2020 roku. W stanie Vermont pojawiły się dodatkowe regulacje odnośnie, co jest związane z osobowością cyfrową ludzi.

Nowy Jork ze Stop Hacks umocnił prawo w ramach Ustawy o Elektronicznym Bezpieczeństwie Danych. Firmy już teraz kombinują, jak będą zarabiały pieniądze wedle innych reguł prawnych obowiązujące dysponowanie stworzonymi przez siebie bazami danych. Również w kontekście ludzi jako treści zmienia się widzenie metryk. Dla mediów liczy się liczba odsłon, tak samo jak i dla reklamodawców. Ile kto ma klientów przekłada się na jego pozycje rynkową, nawet jeśli mowa o wirtualnych ludziach.

Połowa ruchu na stronach internetowych jest oszustwem. Maszyny manipulują statystykami. Zwiększa się mechanicznie liczbę polubień dla kreowania trendów społecznych. Również tak się umacnia przekonanie w społeczeństwie, że coś budzi zainteresowanie. Systemy informacyjne pozwalają na ustawienie liczby wyświetleń. Dzięki temu stwarzanie wrażenia, że w danym miejscu jest wielkie zainteresowanie jest o wiele łatwiejsze niż zorganizowanie publicznej demonstracji. To wyjścia ludzi na ulice ukazują ile jest w gruncie rzeczy zaangażowanych w daną sprawę. Dostawcy treści szukają nowych metod wyliczania popularności. Dla Netflix sprawa jest prosta, bo wie, że skoro „Irishman” obejrzało ponad dwadzieścia sześć milionów użytkowników to ma już skalę zaangażowania oraz zainteresowania.

Kreowanie fałszywek i nieistniejących kliknięć i wejść dla firmy rozliczającej reklamy MadHive oznacza straty rzędu jednego miliarda czterystu milionów za 2019 rok. Liczby te wynikają z faktu, że co piąta aktywność wirtualna była generowana maszynowo. W tym samym okresie Facebook stracił czterdzieści milionów dolarów. Sprawa dotyka nie tylko platformy Zuckerberga, bo przykładowo szacunki Nielsena przekładają się na pozycje nadawców.

Zawartość oznacza również odpowiedzialność. Jednak pomyłka MySpace w 2015 wystarczyła, aby użytkownicy stracili wszelkie pliki audio i video umieszczone na platformie. Dla osób nie korzystających z kopii zapasowych była to utrata części własnej tożsamości. Sprawę firma trzymała w sekrecie, aż do marca 2019 roku. Tak samo w listopadzie 2019 Twitter zapowiedział usuwanie nieaktywność kont na platformie. Wyjątkowo oszczędni w słowach zniknęli. Niektórzy, jak Snapchat z tego czynią znak firmowy - utraty tego, co się napisało, czy nagrało. Wraz z promowaniem cenzury prewencyjnej (określanej również jako TW) oznacza to upadek klasycznego myślenia.

Jacek Skrzypacz