Żerowanie na cudzym nieszczęściu, na biedzie i strachu nie jest wymysłem dzisiejszym. Proceder to  znany od wieków. Cudowne eliksiry panoszyły się podczas potężnej zarazy w Średniowiecza, kiedy - poczynając od 1346 r. - Europę kosiło straszne morowe powietrze, co jakiś czas  powracające nową falą. Ironią losy było, że sprzedawcy leczniczych cudów często nie dożywali momentu cieszenia się z uzyskanych tą drogą zysków; zaraza nie wybierała.  

W epokach nam bliższych, po obu wojnach światowych nie było tajemnicą, że wielu późniejszych potentatów finansowych majątku dorobiło się właśnie na nich. Tylko nieliczni ponieśli konsekwencje tego handlu śmiercią. Gdyby jednak pogrzebać w fortunach dzisiejszych „panów świata”, u niektórych znaleźlibyśmy prapoczątki ich bogactwa, sięgające właśnie lat 1914 – 1918 oraz 1939 – 1945. Ale kto miliardera rozliczy?

Prócz potężnych powstawały na ludzkim nieszczęściu również mniejsze mająteczki, te nie zdobyte na wojnach, a na biedzie. Sięgnijmy np. do lat 80 –tych, gdy na półkach naszych sklepów stał tylko ocet a zdobycie lepszego jedzenia graniczyło z niemożliwym. Był to okres swoistego raju dla różnych bezwzględnych handlarzy. Zapadła mi w pamięć pewna scenka spod Hali Mirowskiej w Warszawie. Przy niechlujnie odzianej handlarce, która rozłożyła swój towar przy bramie na targ, stała ok. 35-letnia wymizerowana kobieta. Usłyszałam ich rozmowę. Kobieta prosiła o spuszczenie z ceny bo takie sumy za marny ochłap mięsa i warzywa to kilkukrotna przesada, a ona musi nakarmić dzieci. W odpowiedzi doczekała prychnięcia i pogardliwie rzuconego: - Jeszcze będzie nam oddawać wszystkie pierścionki, żeby się nażreć. Będziecie, cha, cha, cha, oddawać wszystko i jeszcze prosić!

Kobieta wybuchła płaczem i odbiegła. Nie mogłam tego zdzierżyć. Co za podłość! I ten triumf w głosie. Podeszłam do handlary, milcząc spojrzałam jej w oczy. Stałam tak przez chwilę, aż nieco się zaniepokoiła.

       - Czego? – burknęła.

       - Pani o czymś zapomniała – powiedziałam spokojnie.

       - No o czym?

       - O tym, że dla takich jak pani istnieje piekło. Ono jest, i już na panią czeka.

Coś w niej drgnęło. Widziałam to po jej minie. Odeszłam zostawiając babie szansę przemyślenia swoich czynów. Czy tak się stało, śmiem wątpić. Karmiący się cudzą biedą mają w oczach tylko jeden cel – pieniądze. Dodam, że krążyły wtedy po mieście, docierając i do mediów, informacje, że pod Halą sprzedawane jest mięso z upolowanych bocianów; po odcięciu nóg wyglądały na domowy drób.

Tej rodzaj ludzi niestety nie zniknął. Są i mają się całkiem dobrze. Przykład. Przy jednej z ulic warszawskiego Ursynowa mały zieleniak prowadzi pani Beatka. Klientów nie brak. Bo i oferuje im własne warzywa, przetwory, jaja, mięso. Tak przynajmniej przekonuje wszystkich kupujących. A że po roku słabego urodzaju ceny podskoczyły, znakomicie umie tę okoliczność wykorzystać, drąc z ludzi ile wlezie. Opracowała nawet specjalną taktykę. Przykład. Starszy pan chciał kupić ziemniaki. Beatka pokręciła głową: - Nic z tego. Pana na te ziemniaki nie stać. Są z mojego pola, na oborniku, zdrowe i przez to drogie. 6 złotych kilo.

Mógł mieć takie same trzykroć taniej w markecie. Ale po „trelach” handlary uległ i kupił aż dwa kilo. Podobnie zachwala Beata warzywa ( z własnej uprawy), jajka ( od swoich kurek karmionych ziarnem), soki ( z mojego sadu) czy mięso ( to z naszej hodowli ). Prawda jest taka, że nie ma ani gospodarstwa, ani skromnej działki. Towar pośledniej jakości, za to tani, dwa razy w tygodniu zwozi z podstołecznego targu. Bierze też z hurtowni tanie soki, przelewa do butelek z naklejką: „z własnego sadu”, i zachwala je dla małych dzieci. Cena trzy, cztery razy wyższa.

Oszukańcze czyli złe pieniądze przepuszcza w uzdrowiskach, grając tam rolę dobrze urodzonej, skoligaconej z ważnymi polskimi rodami. O handelku Beaty wiem od jej sąsiadki, której chwali się swoim sprytem, śmiejąc się z ludzkiej naiwności. Kiedy tego słucham, myślę o piekle.

Zuzanna Śliwa