Według Donalda Trumpa „każdego roku tysiące ludzi umiera z powodu grypy i nie bijemy wtedy na alarm. Znacznie więcej ludzi ginie w wypadkach samochodowych, a jakoś nie dzwonimy do koncernów i nie prosimy, by przestali produkować auta. Musimy wrócić do pracy i do normalnego życia”.

 

Zdaniem amerykańskiego prezydenta kwarantannna to „kuracja jest gorsza niż sam problem. Powtarzam jeszcze raz: więcej ludzi umrze, jeśli wyrazimy zgodę na to, co się dzieję, na kontynuowanie tej kwarantanny”.

 

Obawiam się, że prezydent USA może mieć racje. W opublikowanym przed wypowiedzią Trumpa na łamach portalu Fronda artykule „Jan Bodakowski: Czy kwarantanna jest zasadna?” stwierdziłem, że „niestety nie możemy być pewni, że w jakieś perspektywie czasowej uda się stworzyć skuteczne lekarstwa na wirusa, a nawet jak się stworzy takie lekarstwo, to może się okazać, że nadeszła kolejna pandemia i mamy kolejny powód do kwarantanny.

 

Kwarantanna, nie zależnie od tego, czy jest zasadna, czy nie (podejrzewam, że jej koszty społeczne mogą być większe od tych, jakie by były, gdyby jej nie wprowadzono) nie może trwać wiecznie. Pewnego dnia niezależnie od tego, czy pandemia będzie trwała, czy rządy będą musiały znieść wszelkie ograniczenia i powrócić do normalnego tryby życia. Nawet w sytuacji, gdy będzie się to wiązało z zakażeniami i śmiercią wielu osób.

 

Pisze o tym, choć jestem na pandemicznej liście proskrypcyjnej, mam cukrzyce i nadciśnienie, jestem więc na celowniku wirusa, a moja mama jest starszą osobą. Zniesienie kwarantanny stanowi dla nas zagrożenie, ale inni ludzie muszą normalnie żyć, nawet za cenę naszego życia i zdrowia. Jesteśmy w sytuacji bez dobrego wyjścia albo zginiemy, gdy państwo upadnie w wyniku zamarcia życia społecznego (nikt za nas nie pójdzie do pracy, nikt nie wyprodukuje niezbędnych nam do życia towarów, nie będzie czym za nie płacić) albo powrócimy do życia i skażemy część z nas na śmierć.

 

Wybór, o którym pisze, może wydać się przerastającym nasze zdolności decyzje, ale w wielu kwestiach dokonujemy go od dawna. Jak można przeczytać w artykule na portalu „Polska Times” „w 2018 roku na polskich drogach, według oficjalnych danych policji, zginęły 2862 osoby. Na miejscu zginęły w 2018 roku niemal dokładnie 2/3 ofiar — ten odsetek w ostatnich latach jest niemal stały”. Oznacza to, że co roku skazujemy na śmierć 3000 osób, by państwo mogło normalnie funkcjonować, by ludzie mogli chodzić do pracy, by towary mogły być dostarczane do sklepów. Oczywiście można byłoby wprowadzić kwarantanne, zakazać używania samochodów i uratować rocznie życie 3000 osób — tylko że koszty społeczne takiej decyzji byłyby dużo większe — nie waham się zaryzykować stwierdzenia, że z tytułu zakazu używania samochodów zmarłoby dużo więcej osób (tych, którzy straciłyby prace i nie miały zapewnionego takiego konformizmu życia, jakie daje nam nowoczesna technologia — np. osób z szambami, którym ktoś musi wywozić szambo).

 

Szacunki Światowej Organizacji Zdrowia mówią, że rocznie z tytułu otyłości umiera 4 miliony ludzi. Z jednej strony jest to skutek uprzemysłowienia rolnictwa, taniej i smacznej żywności. Jest to koszt tego, że dzięki rozwojowi nauki i techniki udało się nam zlikwidować zjawisko głodu (który występuje obecnie tylko tam, gdzie sztucznie jest kreowany przez rządzących komunistów – ostatnio np. w Wenezueli).

 

Likwidacja systemu, który zapewnia nam tanią żywność, ale i otyłość, zapewne związana byłaby ze śmiercią dużej większej rzeszy ludzi. Oczywiście osobną kwestią jest to dlaczego władze, które wprowadziły na całym świecie kwarantanne, nie są, w stanie na producentach żywności, wymusić by był ona zdrowa – jestem pewien, że zakaz sprzedaży napojów gazowanych i żywności zawierającej substancje powodujące otyłość i cukrzyce, uratowałby więcej istnień ludzkich niż obecna kwarantanna”.

 

Jan Bodakowski