Ażeby wlać w serca nieco optymizmu związanego z higieną rodaków, sięgnęłam do historii. Ta pouczająca dziedzina (wg. starożytnych „historia et magistra vitae” – historia jest nauczycielką życia) rozjaśnia ponury obraz dbania przez naszych przodków o czystość. Wbrew serwowanym od dawna przekazom mającym przekonać, że byliśmy ciemnymi i zacofanymi niechlujami, prawda historyczna jest kompletnie inna.

Jakie miejsce wśród codziennych zwyczajów zajmowała troska o higienę? Chcąc odpowiedzieć na to pytanie sięgnijmy w przeszłość, do czasów jeszcze przedśredniowiecznych. Opowiedzą o nich badacze dziejów oraz starożytni kronikarze. Na początek głos prof. Józefa Kostrzewskiego, jednego z najwybitniejszych archeologów i historyków. W pracy „Kultura prapolska” zanotował: „…Oprócz kąpania w rzekach, stawach i jeziorach korzystali też przodkowie nasi z kąpieli w łaźniach parowych. Zwyczaj ten poświadcza nam dla Słowian w ogólności źródło arabskie z X w. (Massudi), dla Polan zaś najstarszy nasz kronikarz Gall Anonim, a poza tym i wykopaliska…”

Wejdźmy do prasłowiańskiej osady. Pomiędzy szeregami domostw stojących wzdłuż pokrytych   

faszyną i drewnem uliczek stoi niewysoka budowla wyłożona wewnątrz gładkimi dużymi kamieniami. Prażono je w ognisku i polewano wodą, wytwarzając kłęby pary. Łaźnia. W tamtych epokach widok zresztą nie tak rzadki.

Oddajmy tu głos innemu badaczowi dawności – prof. Aleksandrowi Gieysztorowi. Znalazł on szereg dowodów na wysoki stan higieny naszych pradziadów. „…Zamiatanie miotłą, bielenie wapnem domów, powszechne łaźnie parowe wymoszczone kamieniami, które zwracały uwagę podróżników arabskich a odkryte m.in. w Gnieźnie, Łęczycy, obfite znaleziska grzebieni rogowych i nożyc, kijanek do prania bielizny z Gdańska, Santoka i wielu innych miejsc – wszystko to mówi o umiejętnościach utrzymywania porządku i stosowania skutecznych, prostych zabiegów higienicznych…”

Potwierdzają to średniowieczne zapiski brata Rudolfa z zakonu cystersów w Rudach, który w swoim „Katalogu magii”, wspomina o powszechnej potrzebie kąpania się, utrzymywania porządku i czystości domu i obejścia. Podobne obserwacje poczynił w dwa wieki później Mikołaj z Jawora.

Zmiana na gorsze czyli brudniejsze nadeszła później, ale nie trwała nazbyt długo. Po wioskach i miastach znów zaczęły wyrastać niczym grzyby po deszczu rozmaite łaźnie. Niektóre stały osobno, inne były przybudówkami domów. Bywało, że w niedużej osadzie mieszkańcy mieli do dyspozycji po kilka łaźni. Dbałość o czyste ciało i dom była powszechna. Często zamiatano obejścia i bielono chaty.

Poza łaźniami obmywano się przeważnie w miskach. Nikt wówczas o wannach nie słyszał. Pojawiły się szerzej dopiero u progu Renesansu. Wcześniej na  podobny zbytek mogli sobie jedynie ci najbogatsi. Tu ciekawostka; Władysław Jagiełło ofiarował królowej Jadwidze w prezencie ślubnym żeliwną wannę, naonczas wielką rzadkość. Renesans przyniósł także wodociągi; używano ich np. w Krakowie. Doprowadzały wodę do kilkunastu publicznych łaźni. Podobne urządzenia miał i Lwów. Nad ich stanem czuwali fachowcy, nazywani rurmistrzami – był to godny i szanowany fach.

Łaźnie miejskie, podobnie jak te na wsi, były bardzo popularne. Chociaż nie ze wszystkim mogły

się podobać. Oto co na ich temat sądził XVI-wieczny pisarz i humanista Łukasz Górnicki. Stwierdza on, że kto doń wejdzie „…musi cierpieć wiele niewczasów, gdzie jeden się maże gorzałką z mydłem, drugi maścią od urazu, więc ten puszcza bańki, a ów zasię siecze się winnikiem, zasię jeden woła: zalej, a drugi by rad, żeby drzwi uchylono…”

Jakby jednak nie patrzeć, nie da się zaprzeczyć, że dawni Polacy mocno sobie miłowali higienę ciała i domu. A że jesteśmy ich spadkobiercami, powrót wielkiej higieny przychodzi nam z łatwością. Po prostu mamy to we krwi. Szanując to dziedzictwo myjmy się ile wlezie!

Zuzanna Śliwa