Obecną osią konfliktu jest wskazywanie na tych, co zagrażają zdrowiu, a także tych, co je popierają. Tym samym kandydaci wykorzystują istnienie przez kilka miesięcy bombardowania doniesienia o koronawirusie w celu „podczepienia się” pod temat. Fachowcy mówią teraz o politycznym marketingu kryzysowym. Dane z Adweek pokazują, że chociaż trwa najlepsze w Stanach Zjednoczonych epidemia, a Nowy Jork stanowi wręcz swoiste epicentrum nakłady na reklamę wyborczą nie zniknęły z budżetów partii. Kampania w Stanach Zjednoczonych zmalała i zwolniła w przeciwieństwie do ostatnich dni w Polsce.

Demokraci wydali po 17 marca w ciągu jednego tygodnia po milion siedemset tysięcy na Joa Bidena i Bernie Sandersa. W poprzednich miesiącach nastąpił znaczący spadek, bo wtedy na reklamę kandydatów amerykańska lewica wydała odpowiednio siedem milionów osiemset tysięcy oraz dziewięć i pół miliona. Takie są tutaj podliczenia Advertasing Analytics Amerykańska kampania wskazuje odejście od telewizji jako głównego kanału przekazu. Ze strony politologii pojawianie się na ekranach TV, przekazywania zwłaszcza dowodów na przeciwdziałanie epidemii obok funkcji informacyjnej w roku wyborczym również wpływa na nastroje przy urnach wyborczych.

Działania związane z kampanią wyborczą łączą się ze zmianą preferencji w korzystaniu z mediów. Nastąpiła „przesiadka” na komputery i telefony komórkowe. Dlatego osłabieniu uległy spotkania z wyborcami, czy reklama poza domami. W Polsce przykładem tych zmian jest garstka ludzi z planszami ułożonymi w napis „dziękujemy”. Same przepisy na czas pandemii powodują, że stworzenie tłumu z młodzieżówki partyjnej jako tła jest poza zasięgiem. Pojawianie się z takimi obrazami nie buduje zbyt pewnego przekazu, bo ukazuje ludziom również problem z jakim się zmagają. Demokraci w ramach Politycznego Komitetu Akcji (PAC) koncentrują się na mediach społecznościowych. Identycznie dzieje się w Polsce. Dziś miejscem kreowania opinii są między innymi Demotywatory, czy Wykop.pl. Stosowanie grafik wyborczych z uśmiechniętym kandydatem zastępują dziś memy.

Prezydent USA mniej czasu poświęca w mediach. Jego kampania dalej ma budżet na poziomie dziewięćdziesięciu czterech milionów dolarów. Dla porównania jako konkurencji mają w przypadku Bidena dwanaście milionów dolarów, a Sanders osiemnaście milionów dolarów. Prezydent Donald Trump pojawia się publicznie w ramach wystąpień odnośnie koronawirusa i mniej poświęca tutaj pieniędzy na reklamę, chociaż wedle ustaleń Five Thirty Eight jego obecność w mediach zwiększyła się. Podobna strategia jest do zaobserwowania w Polsce.

Na obecną sytuację reklamową wpływają imprezy sportowe. Dopiero docierają informacje o wznowieniu treningów piłkarskich. W Stanach Zjednoczonych brak ligii NBA oraz Olimpiady latem powoduje, że inwestowanie w telewizje mija się z celem. Wedle ustaleń Magna sprzedaż w tym sektorze spadła o dwa i osiem dziesiątych procenta.

Dla wyborców znaczenie ma zjawisko jakie Financial Times określił ustami redaktora Tima Harforda jako „zatrucie statystyk”. Do tej pory powszechne odniesienia do ekonomii pomijały koszty. W okresie pandemii jest to odwoływanie się do danych jakie są obarczone pewnym ryzykiem. Nie ma bowiem dokładnych danych o skali zarażeń ze względu na skalę w jakiej w Polsce robi się badania, a także w związku z opóźnieniami w dostarczaniu wyników. Oznacza to, że skala może być większa niż się podaje. Zarazem epidemiolodzy przestrzegają, że wielokrotnie błędnie liczy się liczbę zgonów. Fakt, że ktoś był chory na koronawirusa nie oznacza, że zginął na niego. Brzmi to paradoksalnie, ale medycyna wymaga tutaj precyzji i jednoznaczności, co oznacza też, że równocześnie liczby te mogą być zaniżone, bo nie badana się na koronawirusa osoby jakie zmarły, ale nie miały wcześniej potwierdzenia choroby.

Amerykański rynek reklamowy ukazuje obok statystyk jakie idą pieniądze na tworzenie przekazu. Przykładowo podczas wyborów na przełomie 2015/2016 w USA politycy wydali na samą reklamę w telewizji cztery miliardy pięćset pięćdziesiąt milionów dolarów. Obecnie szacuje się, że telewizja będzie miała udział w rynku na poziomie trzy i dwa dziesiąte procent. Stawianie na przekaz w ekonomii, że ludzie stracą pracę z winy działań jakiegoś polityka nie oznacza również sukcesu. Politolog Christopher Wlezien z Uniwersytetu w Teksasie dowiódł, że przeciętny Amerykanin w połowie koncentruje się na gospodarce, a w połowie na innych rzeczach, jak głosuje. Wypływają z tego również wnioski dla Polski, że straszenie epidemią przy urnach nie oznacza, że obecna władza straci. Pakiet stymulacyjny pod kątem wizerunku, jeśli model amerykański nadaje się do zastosowania w naszych warunkach, oznacza dla połowy Polaków poparcie obecnego rządu.

Jacek Skrzypacz