Sprawa nie ominęła również Polski. Doczekaliśmy się postmodernistycznego serialu nawiązującego tytułem do książki Williama Goldinga. W rodzimej popkulturze Czesio stał się jedną z ikon młodego pokolenia. Sam zaś serial łamał po kolei elementy przywiązania do piękna. Promocja szpetoty, oswajanie z brzydotą, zaburzenie percepcji świata, odrzucanie zasad do ukazuje już sam tytuł serialu wprowadzający błędy ortograficzne i narzucanie antyestetyki jako nowego kanonu są efektem przekłamań sprzed kilkudziesięciu lat.

Ostatni artykuł redaktora Rutgera Bregmana unaocznia skalę niedomówień. „Władcy Much” doczekały się szeregu ekranizacji. Stanowiły ikonę wyrazu, że ludzkość kieruje się złą stroną jaka znajduje się w każdym nas. Promowały wizję egoizmu podszytego przemocą. Literacka historia z 1951 roku doczekała się tłumaczenia na trzydzieści języków, w tym Polski. Sprzedała się w dziesiątkach milionów kopii. Zdaniem niektórych cieniem na nią położyły się jeszcze doświadczenia z okresu II wojny światowej, bo w czasie jej powstawiania historie o nazistowskich obozach koncentracyjnych dalej wstrząsały opinią publiczną.

Manipulacja Goldinga opierała się na świadomym odrzuceniu chrześcijaństwa jako filaru oceny i wymiaru człowieka. Pokazał tylko w jaki sposób grupa nastolatków niszczy się nawzajem na wyspie. Pominął, że Prosiaczek i Ralph, postaci uznawane później za ikony do wzorowania się odnośnie opisu kondycji ludzkiego ducha są wyssane z palca i nie opierają się na prawdziwej naturze. Jako autor miał do tego prawo, lecz w kontekście odzwierciedlania rzeczywistości rodzi się pytanie, czy prowadzenie do zniechęcenia do innych ma prawo do nazywania siebie sztuką.

Wedle ustaleń Bregmana australijska gazeta The Age opisała w 1977 roku przypadek sześciu chłopców. Trafili sami, to znaczy się bez osób dorosłych na wyspę Tonga. Uratował ich australijski kapitan Peter Warner. Wedle doniesień The  Age całe wydarzenie uwieczniła telewizja. Bregman razem z żoną dotarli do osiemdziesięciotrzyletniego kapitana Warnera i rozpoczęli z nim rozmowę. Ujawniła szczegóły całej historii. Staruszek był młodszym synem jednego z najbogatszych i wpływowych osób w Australii. Pracował dla firmy ojca. Zajmował się połowem ryb w ramach floty statków. W trakcie jednej z wypraw na wyspie Ata zobaczył ślady ognia, co w tropikach jest rzeczą  niespotykaną, aby miały one miejsce spontaniczne.

Tak trafił wkrótce na ślad Stephena, jednego z chłopców. Byli oni uczniami szkoły żeglarskiej i katolickiej szkoły Nuku’alofa. Najmłodszy z uratowanych miał trzynaście lat a najstarszy szesnaście lat. W swej lekkomyślności wpadli na pomysł, że uciekną do oddalonego o pięćset mil Fidżi, lub do Nowej Zelandii. Motorem ich działań była nuda. Ukradli łódź nielubianemu rybakowi Taniela Uhila. Wzięli ze sobą na podróż banany, kokosy, kuchenkę gazową i inne zapasy. Nie mieli ze sobą jednak ani mapy, ani kompasu. Wczesnym rankiem uciekli z zatoki nie dostrzeżeni przez nikogo. Mieli udaną pogodę, ale w nocy jeden z nich usnął. Skutkiem tego rozpoczęło się pasmo klęsk od utraty steru, żagla po cieknięcie łodzi. Po ośmiu dniach dryfowania bez wody i jedzenia wylądowali na Ata.

Warner ukazuje, co się wtedy stało. Chłopcy stworzyli społeczność zorientowaną na prowadzenie ogródka. Stworzyli obok tego trzy pojemniki do zbierania wody. Stworzyli nawet kort do badmintona, coś na wzór sali gimnastycznej do podnoszenia ciężarów. Obok tego zajęli się utrzymywaniem ciągle ogniska, a także wspólnym wysiłkiem powstała na Ata zagroda dla kurczaków. „Wszystko to osiągnęli za pomocą starego ostrza i determinacji” - skomentował kapitan Warner.

Chłopcy kończyli i rozpoczynali dzień pracy wspólnym śpiewem oraz modlitwą. Pracowali w dwuosobowych zespołach. Również się kłócili, ale nikt nikogo nie wydalił ze społeczności (w odróżnieniu od książkowego pierwowzoru). Kiedy Stephen złamał nogę zajęli się za niego pracą i jeden z kolegów Sione pocieszał go: „Nie przejmuj się. Wykonamy twoją pracę dopóki będziesz leżał jak król Taufa’ahua Tupou we własnej osobie”. Zostali uratowani 11 września 1966 roku. Wskutek oskarżenia o kradzież przez Uhila trafili do więzienia. Wyszli z niego za sprawą kapitana Warnera. Zapłacił za starą łódź i na Tonga tamtejszy król uznał go za bohatera. Sam Golding (czemu zaprzeczała jednak córka autora „Władcy Much”) wedle jego syna bił go, jak miał cztery lat i przerywał dopiero wtedy, jak ponoć sam Golding twierdził „był na skraju wylania łez”.

Prawdziwa historia ukazuje jak lojalność i oddanie charakteryzuje ludzi. Chłopcy, chociaż źle postąpili wskutek kradzieży odpokutowali ją i ukazali, co znaczy prawdziwe człowieczeństwo. Tego jednak nie znajdziemy na telewizji. Twórca reality show „Survivor” nakręcił go między innymi z fascynacji nad „Władcą Much”. Fascynacja złem dalej ma miejsce, chociaż rzeczywistość okazała się inna, niż na literackich kartach. Zarazem ślad katolickiego wychowania nie może być pominięty w ukazaniu postawy rozbitków i zmusza on do myślenia jakie zasady powinny być wpajane dzieciom.

Jacek Skrzypacz