Przedziwnymi przepisami podzielił się na swoim facebooku Janusz Korwin-Mikke. Przedstawił on pismo jakie otrzymał z Unii Europejskiej. Można w nim przeczytać: „W ramach procedury kontroli wewnętrznej w Parlamencie dział administracji odpowiedzialny za obsługę Pani/Pana świadczeń emerytalnych ma za zadanie okresowe pozyskiwanie zaświadczeń o pozostawaniu przy życiu. Zwracamy się zatem z uprzejmą prośbą o przesłanie nam zaświadczenia potwierdzającego, że pozostaje Pani/Pan przy życiu na dzień podpisania tego zaświadczenia. Pragniemy przypomnieć, że oświadczenie własne i samooświadczenie nie może zostać uznane za wystarczający dowód. Dokument stanowiący dowód tego, że pozostaje Pani/Pan przy życiu, musi zostać wystawiony przez osobę trzecią.”

Absurdalność wymagania takiego zaświadczenia radzi poddać w wątpliwość prawdziwość takiego pisma. Jednak przedstawione oficjalne pismo zdaje się być oryginalne, ponadto takie pomysły w Unii Europejskiej… nie dziwią. Janusz Korwin-Mikke wykonał prośbę z Parlamentu Europejskiego i raczył podzielić się nim z opinią publiczną. „Dostałem z Unii Europejskiej pismo wzywające mnie do udowodnienia, że żyję - przy czym moje własne oświadczenie w tej sprawie jest niewystarczające! Otrzymałem więc stosowne zaświadczenie lekarskie - i dzięki temu wszyscy mają wreszcie dowód, że żyję. Bez tego dowodu zapewne nie mógłbym np. podróżować tramwajem - bo przecież nieboszczyk nie ma do tego prawa...” – napisał na swoim Facebooku poseł Konfederacji.

Śmieszności całej sytuacji dodaje także zaświadczenie lekarskie, którego zdjęcie Korwin-Mikke także udostępnił na swoim koncie. „Zaświadczenie wystawione dn. 26.05.2020 r. Warszawa ul. Wiejska 4/6/8. Gab. Lekarski DP. Sejm RP:
Niniejszym poświadczam, że W/W Janusz Korwin-Mikke pozostaje przy życiu. Zaświadczenie wydaje się celem przedłożenia w instytucji UE”

Niestety tego typu pomysły urzędników Unii Europejskiej to nic nowego. Tragizm w tej komicznej sytuacji dodaje fakt, że tego typu „nieszablonowe myślenie” udziela się unijnym urzędnikom także przy tworzeniu prawa. I tak w tym kluczu powstało mnóstwo przepisów, które mogą przyprawiać o uśmiech politowania i skłaniać do refleksji komu potrzebne są takie zapisy. Bo jak wyjaśnić choćby w prawie unijnym zakazu informowania o tym, że woda… nawadnia? W 2011 roku unijni urzędnicy orzekli, że nie ma dowodów na to, że woda nawadnia organizm. Bruksela jednak nic sobie z tych kpin nie robiła i zakazała producentom butelkowanej wody mineralnej umieszczania na etykiecie swoich produktów czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że picie wody zapobiega odwodnieniu.

Legendarnym wręcz stał już się zapis o tym, że ślimak to ryba. Francuzi, którzy specjalizują się w połowach ślimaków, postanowili za wszelką cenę uzyskać pieniądze na ten cel. Poprosili więc o zakwalifikowanie mięczaka do gatunku ryb. Unia się zgodziła. Zapis jest i wszystko się zgadza.

W podobnym kluczu pogoni za pieniądzem poszli Portugalczycy. To właśnie dzięki nim marchewka stała się owocem. Unia dotuje produkcję dżemów, które wykonywane są z owoców. Portugalczycy zaś, którzy produkują i uwielbiają dżem marchewkowy postanowili pobierać pieniądze unijne za produkcję tegoż tworu i poprosili, by urzędnicy Komisji Europejskiej uznali marchewkę za owoc. Podobne ingerowanie w naturę odbiło się także na bananach. Zakrzywienie banana miało wynosić 27mm przy minimalnej długości 14cm. Banany o innych parametrach przez Unię nie były traktowane jak banany.

Takich przepisów można by przytaczać całą masę. Poczynając od tego, że przy spłukiwaniu przez sedes ma przepłynąć dokładnie 5 litrów wody. A kończąc na tym, że papierosy w UE mają się same gasić w przypadku kiedy palacz nie zaciągnie się nim w ciągu kilkunastu sekund. Patrząc na takie zapisy refleksja nad sensownością i powodem ich wprowadzenia może przyprawić o ból głowy. Mnogość przepisów wprowadza chaos i nie wiadomo w końcu o co chodzi. A jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi zapewne, jak w przypadku ślimaka ryby i marchewki owocu, o pieniądze.

DZ