Pani Agnieszka Bugała napisała w Internecie:

Szanowni Państwo – znów Ci znani i nieznani osobiście!

"W moim zawodowym życiu wyznaję taką zasadę, że dopóki jestem pracownikiem jakiejś firmy, redakcji, to mimo niekomfortowych czasem sytuacji, które w każdym miejscu pracy mają miejsce, nie omawiam i nie obmawiam spraw firmy publicznie. Z tego powodu nie odpowiadam na dziesiątki pytań, które Państwo przysyłają – jak to było, czemu powstało oświadczenie, czy mnie zmuszono, itd. Jeszcze do końca czerwca jestem pracownikiem redakcji Tygodnika Niedziela i postaram się do ostatniego dnia pracować najlepiej, jak umiem. I nie byłoby tego wpisu, gdyby nie fakt, że nie wszyscy wyznają te same standardy.
Otrzymałam dziś wiadomość, która już krąży i zaczyna żyć swoim życiem. Autorka (tak sądzę po sposobie narracji) w oparciu o kłamstwo, które spreparował ktoś w częstochowskiej redakcji, pisze tak – pisownia oryginalna:
"Trzeba sue modlic i poscic i to bardzo. Wieści są przerażajace: zadzwoniła koleżanka z N, że AB autorka wywiadu przyjechała dziś do centrali redakcji z wydrukowanym wypowiedzeniem! i śmiejąc się wszystkim w twarz rzuciła na biurko w sekretariacie! z radosnym: "Ale was załatwiłam! Nie wygrzebuecue się z tego g..na!" Śmiała się w twarz naczelnemu, pytając jak teraz z tego wybrnie? Dziewczyny w sekretariacie aż się poplakały, redakcja zamarła. Dwa tyg wcześniej jedyna jej współpracowniczka z redakcji wrocławskiej złożyła wypowiedzenie (trzecia w tym roku), w końcu poszła na urlop, bo "z psychopatką dłużej nie wytrzyma". Nie było żadnego przesłuchania, żadnej rozmowy ona kontra 4 osoby (o czym pisze nawet TT) - wszystko działo się przy otwartych drzwiach dużego sekretariatu i sytuację widziało i słyszało kilkanaście osób. DLATEGO PROSZĘ O MODLITWĘ. Tak niewiele osób wie, jak było naprawdę.”

Dodała też:

"Oświadczam, że konsultuję z prawnikiem oficjalne stanowisko w tej sprawie, ale zanim podejmę właściwe kroki chyba czas na kilka słów ode mnie. Należą się Państwu, za ogrom wsparcia i życzliwości, które otrzymuję z całej już Polski.

Po filmie „Zabawa w chowanego”, gdzie dość mocno wybrzmiewa wątek wrocławski, zaczęłam myśleć o wywiadzie z ks. Tadeuszem. Poznaliśmy się jesienią, w czasie Ogólnopolskiego Forum Młodych, które pod patronatem metropolity wrocławskiego odbywało się we Wrocławiu. Jako dziennikarka byłam prowadzącą jeden z paneli pt. „Kościół na krawędzi”, a moimi gośćmi byli: abp Wojciech Polak Prymas Polski, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, s. Małgorzata Chmielewska, o. Paweł Kozacki OP i red. Marcin Przeciszewski.

Po Forum wymieniliśmy się telefonami i nie mieliśmy powodów do kontaktu. Zadzwoniłam do ks.Tadeusza kilka dni po emisji filmu. Nie był entuzjastą pomysłu wywiadu, mówił, że ma złe doświadczenia z katolickimi mediami. Powiedziałam, że wątek wrocławski jest dla mnie ważny, a udział w filmie kapłana wymaga zadania mu pytania: „dlaczego”. Ks. Tadeusz wreszcie zgodził się i umówiliśmy się na wywiad. Ponad godzinne nagranie – nie we wszystkim byliśmy zgodni – czekało znów kilka dni na moją obróbkę, To taki temat, że po wysłuchaniu rozmówcy człowiek zastyga i musi złapać oddech i dystans, aby ruszyć dalej...
W piątek, 29 maja, po ostatecznych poprawkach Ksiądz zatwierdził tę wersję tekstu, którą później opublikowałam na stronie internetowej Niedzieli wrocławskiej.
W sobotę o godz. 17.39 dostałam sms z redakcji, od osoby obsługującej stronę internetową (!) o następującej treści: „Witaj Agnieszko. Dostalam teraz polecenie od szefa sciagniecia twojego wywiadu z ks. Isakowiczem z naszego portalu. Zamienie innym tekstem. Pozdrawiam”
Odpisałam: "Rozumiem. Ale to wizerunkowe samobójstwo…"

Nikt do mnie nie zadzwonił, nie dopytał – wywiad zniknął. W niedzielę rano zadzwonił do mnie Redaktor Naczelny, ale nie mogłam odebrać, była niedziela. Przysłał sms: "Zapraszam jutro do redakcji w Częstochowie". Próbowałam jeszcze oddzwonić, ale po pierwszym udanym połączeniu rozmówca się wyłączył. W kolejnym smsie udało mi się ustalić godzinę spotkania: 12.00.

Zgodnie z ustaleniami pojechałam w poniedziałek do redakcji. Kolejność zdarzeń następująca: na portierni pomiar temperatury i dezynfekcja rąk, potem zaprowadzenie mnie do pokoju nr 6, bez świadków. Po chwili w tej dość obszernej sali pojawiły się cztery osoby – Redaktor Naczelny, dwie kobiety i jeszcze jeden mężczyzna. Zdziwiłam się, bo nie byłam przygotowana na taką konfrontacyjną formę spotkania. Spytałam dlaczego taki duży skład. Redaktor odpowiedział, że musi mieć świadków tej rozmowy.
Spotkanie trwało 2,5 godziny, nie było miłe dla żadnej ze stron, ale to co, co było czynnikiem decydującym dla podjętej przeze mnie decyzji o złożeniu wypowiedzenia to odkrycie, że moje rozumienie roli mediów katolickich jest zupełnie inne niż to, do którego jestem namawiana i zachęcana. W którymś momencie padł nawet zarzut, że oczywiście, jesteśmy zgodni, że zero tolerancji dla pedofilii, ale za linię pisma odpowiada Naczelny, a mój wywiad się w tę linię nie wpisuje, jest za ostry, kontrowersyjny, uraża wiele osób".

Potem zauważyła:
"I wtedy coś we mnie w środku pękło…
Tak, w każdym piśmie za linię odpowiada redaktor naczelny, ale nasz wywiad nie jest przecież rozmową o tym jak zaakceptować ten przestępczy i tragiczny proceder, jest dokładnie zgodny z linią pisma katolickiego!
W jednej z propozycji padł pomysł napisania oświadczenia, w którym sama przyznam, że Naczelny o wywiadzie nie wiedział. Ponieważ to fakt, nie widziałam powodu, aby nie zgodzić się na napisanie. Po kolejnym pytaniu o to jak zamierzam pomóc redakcji w sytuacji, w której ją postawiłam, powiedziałam, że widzę dwa wyjścia: wspomniane oświadczenie i rezygnację z pracy w redakcji.
Pierwsza reakcja czterech osób była taka, że "przecież nikt mnie nie chce zwalniać". Druga, że jeśli już tak bardzo chcę odejść, to „może od września, bo trudno znaleźć kogoś na wakacje”.

Szanowni Państwo… Poprosiłam o dostęp do komputera, zaproszono mnie na górę do pokoju sekretarzy redakcji i tam, na jednym z nich, otworzyłam dwa pliki – w jednym napisałam znane już oświadczenie, a w drugim krótkie w treści zerwanie umowy między moją firmą wydawniczą (nie mam etatu w redakcji), a Tygodnikiem. Spytałam, czy mogę wydrukować – otrzymałam zgodę. Świadkami tej sytuacji była jedna z pań i wspomniany już mężczyzna, obecny wcześniej także na spotkaniu. Spytali czy nie da się tego zatrzymać. Odpowiedziałam, że już nie można. Wyjęłam długopis, podpisałam i spytałam gdzie są kadry. Mężczyzna stwierdził, że mnie tam odprowadzi. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę idąc korytarzem. Weszłam do pokoju kadr i jedynej obecnej tam osobie przekazałam dokument. Była lekko zdziwiona, ale zerknęła i stwierdziła, że formalnie wszystko jest w porządku. Pożegnałam się, wyszłam na parking i, już z samochodu, zadzwoniłam do męża. Oto cała moja historia.

Byłam ją Państwu winna, ale myślałam, że opowiem ją nieco później. W obecnej sytuacji zamieszczam teraz. Pozdrawiam serdecznie i polecam się Państwa życzliwości".