Kłamiąc w żywe oczy, że chodzi im o zdrowie Polaków, a „zabójcze koperty” mogą przynieść rodakom śmierć zamiast wyborów. Ciekawe, kto się dał jeszcze nabrać na taką cyniczną retorykę. W rzeczywistości  rozpaczliwie bronili swojej skóry, bo ich kandydatka Małgorzata Kidawa-Błońska okazała się niewypałem i ciągnęła partię na polityczne dno.  Teraz po podmiance jej na Rafała Trzaskowskiego łaskawie zgodzili się na wybory, choć po drodze mogliśmy śledzić niezrozumiale działania opozycji z marszałkiem Senatu i przewodniczącym Platformy Obywatelskiej w rolach głównych.  W swojej megalomanii Tomasz Grodzki zapragnął w pewnym momencie zostać pełniącym urząd prezydenta na jakiś czas. Dowodził, że majestat Rzeczpospolitej nie ucierpiałby na tym. Wbrew poprzednim ustaleniom, uchwalono poprawkę, że wybory trzeba przenieść na jesień, czyli nastąpiła by sytuacja bez precedensu – naród byłby pozbawiony wyboru prezydenta, zapanowało by bezkrólewie, ogólny chaos, żadne ustawy bez podpisu prezydenta nie mogłyby wejść w życie, a w tle błyszczało by nowe światełko opozycji – przyspieszone wybory parlamentarne.

Dzięki zdecydowanej postawie PIS i wywieraniu ciągłych nacisków na opozycję w Senacie, udało się wycofać absurdalną poprawkę i sfinalizować prace nad ustawą wyborczą. Jak nigdy dotąd Senat może się pochwalić działalnością obstrukcyjną. Kłaniają się błędy w przedwyborczych działaniach parlamentarnych. Wtedy to owocem zaniechania straciliśmy większość w Senacie.

 Wczoraj jeszcze przed ogłoszeniem terminu wyborów w Dzienniku Ustaw do pracy ruszył nerwowo sztab Rafała Trzaskowskiego, biadoląc, że osiem dni na zebranie 100tys. podpisów to zbyt krótki okres. Wydaje się, że poprzedni trud nadgorliwców zbierających nielegalnie podpisy przed terminem, poszedł na marne. Państwowa Komisja Wyborcza zapowiedziała druk nowych kart, aby było można sprawdzić, kiedy dany podpis znalazł się na liście.  Dla PO z tak rozwiniętymi strukturami w terenie ośmiodniowy termin jest do pokonania.

Teraz z kopyta ruszyła kampania wyborcza. Andrzej Duda ruszył w teren, aby odbudować swoje poparcie, Rafał Trzaskowski spotyka się z wyborcami, prowadząc zajadłą w nienawiści i deprecjonującą wszystko, co było dotąd, retorykę. Wszystko jest złe. Pod obstrzałem znalazły się kluczowe projekty infrastruktury autorstwa strony rządowej – budowa Centralnego Portu Lotniczego i przekop Mierzei Wiślanej. Kandydat na prezydenta domaga się natychmiastowego wstrzymania tych inwestycji. Po co nam ta gigantomania. Przecież za dwa lata będziemy mieć duży port lotniczy w Berlinie, a my jako potulny wasal Niemiec i brzydka panna na wydaniu powinniśmy siedzieć cicho. A Mierzeja Wiślana… przypominając słowa Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, gdyby natura chciała, to ten przekop byłby od zarania.

I właśnie takie działania wpisują się w ogólnonarodową deprecjację wszystkiego. Powinno być tak, jak za rządów Platformy Obywatelskiej. Siedzieliśmy cicho, nie wychylaliśmy się nigdzie i cieszyliśmy się z poklepywania po plecach w Brukseli.  Ta ciągła polityka wstydu, trzymania głowy w ramionach i sączenia w mózgi Polaków przekazów o naszej małości, bezradności, o tym, że tylko przyklejenie się do Niemiec może nam umożliwić życie, była nagminnie stosowania. To poczucie małości, wstydu za własną heroiczną historię, ciągłego kajania się, to jeszcze efekt panującego postkomunizmu, który jakby na trwałe zadomowił się w nas.

Przypomnijmy sobie czasy II Rzeczpospolitej, która szybko podnosiła się z ruin spowodowanych przeszło stuletnią niewolą. Wobec niejasnej sytuacji Gdańska, które się stało Wolnym Miastem i w pełni nie mogliśmy liczyć na ten port, postanowiliśmy wybudować nowoczesny port w Gdyni. Powstawał on od zarania na terenie dawnej wioski i przekształcił się w nowoczesne miasto Gdynię. Podobnie było z COP. To też ,mówiąc językiem opozycji, była gigantomania i to jeszcze jaka w tamtych czasach. Ale podołaliśmy temu i gdyby nie wybuch wojny światowej rozwijalibyśmy się w szybkim tempie.

W Polsce panuje dziwna zasada – negacja wszystkiego co jest dla nas dobre, co wybija nas z przeciętności. To narodowe dołowanie odbywa się na wszystkich frontach i z prawa i z lewa. Jeżeli ktoś się czymś zasłużył, trzeba go zgnoić, upodlić, budować jakieś teorie spiskowe, oskarżać o nieuczciwość, o pokrętne działania. W okresie epidemii, która jeszcze nie wygasła da się to wyjątkowo odczuć. W którym państwie zachodnim politycy nie łączyli by się w słusznych działaniach, nie podkreślaliby swej dumy narodowej. W Polsce nic z tych rzeczy. Nie pamięta się już, siejąc jakieś teorie spiskowe, że epidemii u nas nie było, kto nas suchą nogą z tego przeprowadził. Epidemia była i niestety cały czas trwa, a to że nie przeżywaliśmy scenariusza zachodniego z wielką liczbą zachorowań i zgonów, z podejmowaniem wyboru kogo leczyć, a kogo skazywać na śmierć, z niekończącą się ilością ciężarówek, przewożących trumny, z kostnicami w kościołach i na lodowiskach, jest zasługą rządu i ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego.  Naród to widział i doceniał obdarzając go 70-procentowym wynikiem zaufania. I to stało się solą w oku opozycji. Trzeba było człowieka zgnoić, zarzucając mu zakup niesprawdzonych maseczek, trzeba było rozpętać fikcyjną aferę nielegalnego bogacenia się ministra i jego rodziny. Trzeba było domagać się powołania komisji śledczej. Zero wdzięczności, a w zamian plugawienie człowieka, któremu tyle zawdzięczamy.

W ramach ogólnej deprecjacji postawiono obecnie pod pręgierz rząd pod przewodnictwem Mateusza Morawieckiego. To że w miarę radzi sobie z kryzysem, że zapobiegł nadmiernemu wzrostowi bezrobocia, że chroni miejsca pracy, tak samo jak przedsiębiorców, to się nie liczy. Trzeba siać destrukcję, podważać wszystko i dążyć do chaosu.

Ciekawe tylko, jak na to wszystko zareagują zwykli obywatele. Czy kupią tę obskurancką retorykę, czy zdecydowanie ją odrzucą. Nadchodzące wybory prezydenckie dadzą na to odpowiedź; czy zwycięży człowiek, z którego możemy być dumni, który godnie reprezentuje nas na arenie międzynarodowej, który broni zwykłych obywateli, hołduje naszej tradycji, religii, promuje naszą dumną politykę historyczną, czy zwycięży kolesiostwo, nieudacznictwo, lewackość w najgorszym wydaniu, powrót do polityki wstydu i stawiania Polaków do kątów.

Iwona Galińska