Coś musi być na rzeczy, bo niedawno Pani Adrianna Palus – studentka medycyny, koordynatorka “Wiosny kobiet” w Poznaniu i kandydatka do Sejmu z list Lewicy – oświadczyła publicznie i to nie bez dumy, że gdyby trafiła się jej pacjentka przeciwna mordowaniu nienarodzonych dzieci, to potraktowałaby ją niezwykle surowo; “z podziemi wyciągnę kurwa” wenflon z największą igłą i zaaplikuje nie miligram jakiegoś specyfiku, tylko 3. I tak dobrze, że nie zapowiedziała, że takim pacjentkom będzie podawała cykutę, albo nawet szpilowała je zastrzykiem fenolu w serce. Jestem jednak pewien, że to nie było ostatnie słowo i jeśli po skończeniu studiów trafi do zdominowanego przez personel “bez sumienia” szpitala klinicznego imienia Króla Heroda, albo doktora Józefa Mengele, to możemy doczekać się i szpilowania. A dlaczego tak myślę? A dlatego, że po tej publicznej deklaracji, stojącej w oczywistej i rażącej szprzeczności z przysięgą Hipokratesa, nie wyleciała natychmiast ze studiów z wilczym biletem i dożywotnim zakazem zbliżania się do chorych, czy rodzących, tylko gwoli zatarcia niemiłego wrażenia złożyła “osobom pacjenckim” przeprosiny. Już ja tam w żadne jej przeprosiny, ani w szacunek dla “osób pacjenckich” nie wierzę, również z tego powodu, że w srodowisku lekarskim mamy obecnie do czynienia z polowaniem na czarownice, które nie tyle nie wierzą w zbrodniczego koronawirusa, co sprzeciwiają się nakręcaniu spirali paniki. Tym medyczne trójki NKWD sypią surowe kary, a to dopiero początek, bo jakiś wszechmogący jegomość zapowiedział “wyrywanie chwastów”. Jak się okazuje, zawód lekarza w dzisiejszych czasach nie jest wcale taki szczęśliwy; personel medyczny został zaprzęgnięty do programu tresury, który z medycyną ma tylko tyle wspólnego, że jej pretekstem jest zbrodniczy koronawirus i każdy, kto nie wykazuje dostatecznego entuzjazmu, zostaje napiętnowany. Co tu dużo gadać; Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego musiały wspierać proroctwa, kiedy w wierszu “Tatuś” pisał, że “każdy kraj ma gestapo”. W tej sytuacji nie ulega wątpliwości, że pani Adrianna Palus zrobi w tubylczej medycynie karierę, a może nawet zostanie autorytetem moralnym.

No dobrze, ale skoro zawód lekarza nie jest najszczęśliwszym, to jaki jest? Wszystko wskazuje na to, że najszczęśliwszym zawodem jest zawód sędziego. Wprawdzie i tu nie ma róży bez kolców, bo niezawiśli sędziowie rozdokazywali się politycznie do tego stopnia, że jedni drugim podważają autentyczność ich nominacji i to nawet w Sądzie Najwyższym, ale nie o to chodzi, tylko o to, że sędzia – jeśli nie liczyć wariatów z żółtymi papierami - jest jedynym człowiekiem absolutnie nieodpowiedzialnym za to, co wyprawia.

Oto przed trzema dniami zakończył się we Wrocławiu proces dwóch osobników, oskarżonych za gwałt i zabójstwo pewnej panienki. Nie byłoby w tym może nic osobliwego, gdyby nie to, że wcześniej za to samo przestępstwo został skazany pan Tomasz Komenda i z tego tytułu spędził w więzieniu 18 lat. Jego oskarżycielem był prokurator Władysław Ozimina, nawiasem mówiąc, podobno skazany później za korupcję, a salomonowy wyrok wydał sędzia Sądu Okręgowego Andrzej Krawiec. Nawiasem mówiąc, nie wiadomo dlaczego wśród funkcjonariuszy niezależnych mediów głównego nurtu panuje gusło, by nie podawać nazwisk niezawisłych sędziów, tylko że “sąd”, to czy tamto. Czy to się bierze z obawy przed konsekwencjami faszystowskich przepisów RODO, które – czego właśnie doświadczam na własnej skórze – podobno zabrania podawania nazwisk bez pozwolenia nosiciela, czy z jakichś innych powodów – mniejsza o to. Pan Tomasz Komenda został uniewinniony i nawet podobno otrzymał milionowe odszkdowanie – ale nie od prokuratora Oziminy, ani od niezawisłego sędziego Andrzeja Krawca, tylko od Bogu ducha winnych podatników, którzy panu Komendzie przecież nic złego nie zrobili.

“Waju nikt nie będzie pytał, wiele czasu to było robione, tylko KTO to robił” - mówił kadetom Szkoły Morskiej bosman Jan Leszczyński, najpierw na “Lwowie” a potem – na “Darze Pomorza”. I taka zasada ma zastosowanie wobec wszystkich zawodów – bo urzędnicy, to nie zawód; sam byłem urzędnikiem, co prawda krótko, niemniej jednak, więc wiem, co mówię. Inżyniera, który popełni błędy przy obliczaniu konstrukcji mostu, a ten się potem zawali, biorą w obroty rozmaici siepacze, podobnie, jak i doktora, który po pijanemu zaaplikowałby swemu pacjentowi kaliumcyanide – podczas gdy niezawisłym sędziom błędy uchodzą bezkarnie. Taka sytuacja wręcz zachęca przynajmniej do niedbałego wykonywania swoich obowiązków, a w większości przypadków – do korupcji, bo co to szkodzi trochę się pokorumpować, jeżeli można schronić się za murami immunitetu, a jeśli nawet to schronienie okaże się niepewne, to zawsze można przecież liczyć na kolegów, którzy też wiedzą, że nie wolno czynić drugiemu, co tobie niemiłe i jeśli nawet taki jeden z drugim sędzia zostanie złapany na gorącym, to zawsze można wszystko złozyć na karb roztargnienia spowodowanego przepracowaniem. Tego oczywiście uniknąć się nie da, ale dlaczego właściwie obowiązek naprawienia szkody spowodowanej błędnym orzeczeniem sądowym ma obciążać podatników, a nie sędziego? Gdyby tak milionowe odszkodowanie panu Tomaszowi Komendzie musiał teraz zapłacić pan sędzia Andrzej Krawiec, to z pewnością bardziej przykładałby się do swojej roboty, a nie zachowywał się, jak audytor Bernis z “Przygód dobrego wojaka Szwejka”.

Ponieważ wielu słuchaczy moich nagrań karci mnie, że tylko gadam, a do tej pory jeszcze nie zbawiłem naszej biednej ojczyzny, spieszę z propozycją de lege ferenda. Nawiasem mówiąc, jakże tu zbawiać naszą biedną ojczyznę, skoro dostąpiła już ona zbawienia pod rządami Naczelnika Państwa? Wracając tedy do propozycji, to proponowałbym, by to nie podatnicy, a sędziowie mieli obowiązek naprawienia szkody powstałej wskutek wydania błędnego orzeczenia, aż po granice siły wyższej. Musi być nad nimi tęgi batog, bo inaczej już całkiem się bisurmanią.

Stanisław Michalkiewicz