Ta kobieta to było zło w czystej postaci. To najczystszej maści lewactwo. Wspierała nawet tak zwaną „partial abortion”, czyli rozrywanie na części dzieci do dziewiątego miesiąca ciąży. Była także za skrajnym feminizmem, wspieraniem w każdy możliwy sposób agresywnych i roszczeniowych nierobów, czyli biednych i wykluczonych mniejszości, była za walką z białym samcem i za „małżeństwami” par homoseksualnych wraz z prawem do adopcji dzieci. Tak więc nic dobrego o niej powiedzieć nie można.

A dziś lewactwo płacze, że „Ruth Bader Ginsburg była twarzą walki o społeczną sprawiedliwość, dlatego amerykańska prawica, z Trumpem na czele, jej nie znosiła". Nazywali ją "wiedźmą, antyamerykańską zołzą, potworem. Donald Trump określił ją absolutną hańbą dla Sądu Najwyższego, dla feministek, osób LGBTQ+ i młodzieży była ikoną". Cóż, jak tak mówili, to jak najbardziej mieli rację.

Początki

Zacznijmy od początku – od urodzin 15 marca 1933 w wywodzącej się z Ukrainy zamożnej, żydowskiej rodzinie w mocno żydowskiej i skrajnie lewicowej nowojorskiej dzielnicy Queens w Nowym Jorku. Na studia prawnicze na Harvard poszła w 1956 roku. Ponieważ od 1950 roku przyjmowano już na nie kobiety. Stanowiły one wówczas zaledwie dwa procent studentek. Studia ukończyła, jako najlepsza na roku, ale „nikt nie jej chciał zatrudnić". Powody były trzy: "była kobietą, matką i Żydówką".

Dopiero w 1965 roku „postępowy” Uniwersytet Rutgersa w New Jersey po odejściu jedynego Murzyna wśród wykładowców profesora Clyde Ferguson, zaproponował jej etat. Po tym, jak odszedł, złożony wyłącznie z białych mężczyzn wydział prawa nie mógł znaleźć dla niego następcy. Aby nie stracić statusu postępowej, uczelnia zamiast czarnoskórego postanowiła zatrudnić kobietę.

W 1980 roku otrzymała nominację na sędzię Sądu Apelacyjnego Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Potem pierwszą zatrudnioną na stałe profesorką na Uniwersytecie Columbia i drugą sędzią Sądu Najwyższego. Do swojej śmierci w dniu 18 września 2020 w Waszyngtonie przez 27 lat była sędzią Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych (w latach 1993–2020).

Oczywiście w tym czasie w Sądzie Najwyższym walczyła o prawa kobiet i mniejszości seksualnych. Robiła wszystko, by nie dopuścić do "ograniczenia praw reprodukcyjnych kobiet, w tym dostępu do środków antykoncepcyjnych i prawa do aborcji". Była wyczulona na sprawy dotyczące dyskryminacji ze względu na płeć, kolor skóry i orientację seksualną. Znalazła się w większości, która uznała zakaz małżeństw jednopłciowych za niekonstytucyjny i jako pierwszy sędzia Sądu Najwyższego udzieliła "gejowskiego ślubu”.

Talmudyzacja prawa

To kolejny zarzut, który można postawić wyżej wymienionej. Otóż prawo jako samo w sobie – zarówno litera, jak i jego duch nie miały dla niej żadnego znaczenia. Ważna była dla niej tylko jej własna interpretacja tego prawa. Ponieważ to ona sama, a nie jakaś durna konstytucja Stanów Zjednoczonych jest podmiotem stanowienia prawa. Całkowita uznaniowość interpretacyjna prawa to znakomity wkład Ruth Bader Ginsburg w rozwój myśli prawniczej.

Ma to pewne uzasadnienie logiczne, ponieważ Amerykanie choć mają zaledwie około 30 procent PKB światowej gospodarki to mają również... 95 procent światowych prawników. I prawo oparte na precedensach. W efekcie im większa uznaniowość, tym lepszy geszeft i tym lepiej można na nim zarobić. Stąd wyjątkowo rola precedensów w amerykańskim prawie. W efekcie talmudyzacja prawa (stosowanie podwójnych standardów prawnych, nie liczenie się z literą i duchem prawa, opieranie się na własnych wyrokach zamiast na fundamencie prawa rzymskiego i przedkładanie nad nie żydowskie prawo zwyczajowe) to znak rozpoznawczy Ruth Bader Ginsburg. U nas takie numery robił za czasów prezydentury Wałęsy Lech Falandysz stąd wzięła się falandyzacja prawa.

Jak widać z pobieżnego nawet przyjrzenia się biografii Ruth Joan Bader Ginsburg, to nie ma po kim płakać. Na szczęście na jej miejsce może wejść kandydatka, która jest jej przeciwieństwem. Gorliwa katoliczka, obrończyni życia i matka siódemki dzieci. I stąd słychać powszechne wycie w szeregach Partii Demokratycznej i wszelkich środowisk „postępowych” w Stanach i na świecie.

Piotr Stępień