Warto przypomnieć, że 18 kwietnia informowaliśmy o zupełnie innym stanowisku WHO. Na ich stronie mogliśmy przeczytać wtedy: "Badania nad grypą, chorobą grypopodobną i ludzkimi koronawirusami dostarczają dowodów na to, że użycie maski medycznej może zapobiec rozprzestrzenianiu się zakaźnych kropelek od zarażonej osoby na kogoś innego i potencjalne zanieczyszczenie środowiska przez te kropelki. Istnieją ograniczone dowody że noszenie maski medycznej przez zdrowe osoby w gospodarstwach domowych lub w kontaktach chorego pacjenta lub wśród uczestników masowych spotkań może być korzystne jako środek zapobiegawczy".


Była tam również mowa: "Jednak nie ma obecnie dowodów na to, że noszenie maski (czy to medycznej lub innych typów) przez zdrowe osoby w szerszym otoczeniu społeczności, w tym noszenie ich przez wszystkich, może zapobiec zakażeniu wirusami układu oddechowego, w tym COVID-19".


Co więcej: "Maski medyczne powinny być zarezerwowane dla pracowników służby zdrowia. Używanie masek medycznych w społeczności może stwarzać fałszywe poczucie bezpieczeństwa, zaniedbując inne niezbędne środki, takie jak higiena rąk i dystans fizyczny, i może prowadzić do dotykania twarzy pod maskami i pod oczami, powodując niepotrzebne koszty i brak masek dla osób, które najbardziej ich potrzebują, zwłaszcza gdy ich brakuje".
Samo WHO po raz pierwszy zaleciła noszenie maseczek w miejscach publicznych dopiero 5 czerwca.


21 sierpnia informowaliśmy natomiast na Prawym.pl, że WHO stwierdziło, że maski powinni nosić wszyscy poza dziećmi w wieku do 12 lat: „Po wnikliwych badaniach eksperci WHO, a także Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci (UNICEF)  doszli do wniosku, że zakrywanie nosa i ust nie jest wskazane dla wszystkich grup wiekowych. Specjaliści ocenili, że dzieci w wieku 12 lat i starsze powinny zakrywać nos i usta zwłaszcza w przypadku niemożności zachowania bezpiecznego dystansu społecznego od innych osób (1 m)”.


Z oświadczenia WHO i UNICEF wynikało również, że dzieci w wieku 5 lat i młodsze nie powinny zakrywać nosa i ust. Noszenie maseczek może mieć bowiem negatywny wpływ na bezpieczeństwo i ogólny interes najmłodszych dzieci.


Podobne zmiany do kwestii maseczek obserwowaliśmy w Polsce. Jeszcze w lutym ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski nie widział potrzeby wprowadzania obowiązku zakrywania nosa i ust. Mówił nawet w wywiadach, że nie ma sensu nosić maseczki przez osoby zdrowe i nie rozumie, dlaczego niektórzy to robią. W kwietniu wprowadzono restrykcyjny nakaz noszenia maseczek w przestrzeni publicznej, zaś w maju rząd stwierdził, że wystarczającym jest zakrywanie nosa i ust jedynie w sklepach i placówkach usługowych. W sierpniu postanowiono z kolei, że w niektórych regionach Polski oznaczonych jako strefy czerwone nadal należy nosić maseczki w przestrzeni publicznej. Potem ogłoszono całą Polskę czerwoną strefą i do dzisiaj obowiązuje nakaz noszenia maseczek. Co ważne, muszą je nosić także dzieci przed 12 rokiem życia, co w szkołach, kiedy działały, było bardzo skrupulatnie przestrzegane, mimo że WHO ostrzegało, iż nie jest to dla nich bezpieczne.


Trudno wyjaśnić tak diametralne zmiany w stosunkowo krótkim czasie co do noszenia maseczek. Nie sposób wskazać jakiś przełomowych badań, które usprawiedliwiałyby takie decyzje. Były minister zdrowia Łukasz Szumowski w żaden merytoryczny sposób nie uzasadnił zmiany swojego poglądu na tę sprawę. Co więcej, w momencie, kiedy mówił, że w Hiszpanii szaleje koronawirus, sam tam pojechał i był widziany bez maseczki.


Cała ta sytuacja sugeruje, że przymus noszenia maseczek nie ma żadnej podstawy naukowej i medycznej, ale jest decyzją polityczną, być może wymuszoną przez lobby handlujące maseczkami. Mogliśmy obserwować to w Polsce, gdzie okazało się, że po zmianie decyzji przez ministra Szumowskiego, zarobił na tym jego brat.