Zdaniem profesora „za mało o Unii rozmawiamy, za często się do niej modlimy". W wielu środowiskach wytworzył się stosunek nabożno-religijny wobec tej instytucji i każde stwierdzenie, na dowolny temat, zaczyna się od tego, że „Unia jest jak zdrowie, aby żyła wiecznie”. To stwierdzenie dotyczy nie tylko wewnętrznych rozmów w Polsce, ale jest charakterystyczne dla atmosfery panującej wewnątrz Unii. Tam również panuje ogólna niechęć do krytycznych rozmów, a pleni się ślepy entuzjazm. Dlatego chociaż w Polsce powinny się toczyć szczere rozmowy o tym, co nam Unia dała, a co chce zabierać i jaki jest jej obecny stan.

Musimy zdawać sobie sprawę z obecnej dominacji niemieckiej, z nieliczenia się z wymogami traktatów i z prymatem ideologii nad wszystkim. Ale nie to jest najważniejsze. Największe zagrożenie dla samej Unii to chore struktury. Każde państwo opiera się na trójpodziale władzy. W Unii tego nie ma. Komisja Europejska jest ciałem wykonawczym, ustawodawczym i w dużej mierze sądowniczym. Jest sędzią, prokuratorem i nierzadko egzekutorem. Jej członkowie nie są wybierani w demokratycznych wyborach, ale powoływani i zatwierdzani przez inne instytucje. Nikt jej nie kontroluje. Zaprzecza to dotychczasowej wiedzy i nauce o państwie. W Unii rządzi jedna większość polityczna, która panuje we wszystkich unijnych instytucjach. Doprowadza to do powstawania Unii dwóch bloków państw – tych uprzywilejowanych, potężnych, które wszystko mogą i tych mniejszych i małych spychanych na margines. Ta nierównowaga  mocy i potencjałów powoduje powstawanie układów, które zapisaną w traktatach  równość omijają. Bo Niemcy to potężny kraj z wielkimi interesami, w wolą, by ich bronić, a Estonia nie jest krajem potężnym  ocenił Legutko.

Z Polską jest dodatkowy problem, bo nie jest krajem potężnym, ale nie jest również krajem małym. Należymy do średnich państw i długo zgadzaliśmy się tkwić w grupie  państw słabych. Skończyło się to za prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego. Potem była przerwa podczas rządów PO–PSL, a teraz na szczęście wróciliśmy do walki o nasz głos, do wyzwolenia się z dołka państw spychanych na margines. To doprowadza wielu do furii, jest uważane za złamanie nieformalnych, nigdy nam nieogłoszonych reguł. Tu jest źródło potężnego napięcia, gdy my się powołujemy na to, co jest zapisane w traktatach, zderzamy się ze zdziwieniem. Bo dla potężnych sił w Unii nie one, a nieformalne ustalenia i wpływy są rozstrzygające. Zapisane prawo jest dla nich wtórne w stosunku do tego, co tworzy realną władzę stwierdził.

Widać to wyraźnie na dominacji ideologii lewicowo-liberalnej o zabarwieniu tęczowym. W traktatach i podczas poszerzania Unii wkładano nam do głowy, że sprawy związane ze światopoglądem są wyłącznie sprawami państw narodowych. Teraz próbuje się to wszystko odkręcić. A w Karcie praw podstawowych Unii Europejskiej w art. 9. czytamy: „Prawo do zawarcia małżeństwa i prawo do założenia rodziny są gwarantowane zgodnie z ustawami krajowymi regulującymi korzystanie z tych praw”. Jednak cytowanie tego artykułu nie ma żadnego znaczenia. Realną władzę w Unii mają ci, którzy wyznają pewną ideologię i świadomie dążą do narzucenia jej wszystkim. Wobec tego zamiera litera i duch zapisów prawnych, które okazują się bezsilne, zwłaszcza w kontekście braku podziału władz. To jest problem poważny, bo zderzamy się tu z siłą, która potrafi nie tylko prawo złamać, ale i tak je zinterpretować, by znaczyło co innego, niż znaczy podkreślił.

Tak samo pustym słowem pozostaje artykuł II Traktatu o Unii Europejskiej. Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn czytamy.  Wyraźnie jest napisane, że tych wartości mają przestrzegać wszyscy, na czele z UE. W praktyce jest tak, że te wartości mogą po swojemu interpretować instytucje europejskie i swoją interpretację narzucać innym. Okazuje się nawet, że mogą łamać prawo, aby wprowadzić to, co oni uważają za zasadę „państwa prawa”, czyli praworządności. I tu kolejny paradoks: prawa, które miały ograniczać samowolę władzy, stały się narzędziem tej samowoli. Dlatego praworządność może oznaczać wszystko. Przy tym usta mają pełne sloganów o „obronie praworządności”, co w rzeczywistości oznacza: mamy siłę, aby wprowadzić to co chcemy.

Irytujące jest to, że ich wiedza opiera się nie na faktach, ale domniemaniach. Mają ukute opinie i nie zamierzają ich zmieniać, ani zgłębiać o nich wiedzę. Słychać nagminnie, że ”w Polsce jest łamana praworządność, bo wymiar sprawiedliwości jest upolityczniony”. I nie ma na ten temat żadnej dyskusji. Oni o tym wiedzą z prasy niemieckiej, francuskiej, hiszpańskiej. A ci swoją wiedzę czerpią z kolei z Parlamentu Europejskiego. I tak błędne koło się zamyka.

Paradoks polega na tym, że Polska jest dzisiaj krajem, w którym jest znacznie więcej wolności, w którym można powiedzieć i zrobić znacznie więcej niż we Francji, w Niemczech podkreślił europoseł. I największy problem tkwi w strukturach Parlamentu Europejskiego, który głównie składa się z członków niewybieranych w żadnych wyborach powszechnych. Tym samym nie są oni odpowiedzialni przed swoimi wyborcami i siłą rzeczy wpadają w patologię. Coraz więcej państw członkowskich to dostrzega i uważa, że trzeba coś z tym zrobić.

W takich układach i układzikach „przegrana u nas obozu Zjednoczonej Prawicy oznaczać będzie runięcie w przepaść braku wszelkich ambicji, całkowitego podporządkowania siłom zewnętrznym, bezwoli i słabości intelektualnej". –  Słowem, w jakąś nową formę poddaństwa. I znowu będziemy musieli zaczynać od początku. Tak jak po Solidarności, jak po roku 1989 stwierdził Legutko.

Iwona Galińska