- Rodzice mieli głowy rozrąbane na pół. W głowie ojca pozostawiona siekiera, co oznaczało, że słyszane przeze mnie jęki wydawał ojciec, którego dobito. W kołysce najmłodsza Bogusia w wieku 1,5 roku, uderzona była siekierą w czoło - wspominał po latach mord w Parośli Witold Kołodyński, jeden z ośmiorga Polaków, którym udało się tego dnia uciec przed śmiercią.

Początkowo nic nie zapowiadało horroru. Sotnia UPA pod dowództwem Hryhorija Perehijniaka udawała oddział sowieckich partyzantów. Ukraińcy weszli do każdego z 26 domów we wsi i kazali mieszkańcom przygotować dla siebie jedzenie. By ułatwić sobie dokonanie mordu, upowcy uciekli się do podstępu. Powiedzieli mieszkańcom, że niedługo w wiosce pojawią się Niemcy, którzy z pewnością zorientują się, że była tu sowiecka partyzantka. Dlatego – jak przekonywali Ukraińcy – najlepiej będzie upozorować napad na wieś: wystarczy, że mieszkańcy położą się na ziemi i pozwolą się związać. Część Polaków z Parośli uległa namowom upowców, inni zostali do tego zmuszeni. Rozpoczęła się potworna rzeź.

Podkomendni Perehijiniaka mordowali Polaków głównie za pomocą siekier i noży. Wprawdzie dowodzący UPA Dmytro Klaczkiwski poprzedniej jesieni wydał dyrektywę o eksterminacji polskiej „ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat”, ale ukraińscy nacjonaliści poszli w Parośli o wiele dalej. Ta zbrodnia była preludium do rzezi wołyńskiej – mordowano wszystkich, bez żadnych wyjątków, również niemowlaki.

W szczególnie bestialski sposób zamordowany został w Parośli Walenty Sawicki, komendant Związku Strzeleckiego (Strzelca). Upowcy porąbali go na drobne kawałki.

- Ukraińcy łapali poszczególne osoby i mordowali w okrutny sposób. Kobietom obcinano piersi, nosy, uszy, zrywano paznokcie, obcinano dłonie, nogi, rozpruwano brzuchy. Mężczyznom odrąbywano narządy płciowe, obcinano po kawałku dłonie, ręce, stopy, rozpruwano brzuchy, rozpalonymi drutami wypalano oczy, obcinano języki, nosy, uszy, na to sypali sól. Rozrąbywali głowy plastrami po kawałku. W okropnych męczarniach ci ludzie konali” – w ten sposób mord w Parośli relacjonował Antoni Przybysz, autor książki „Wspomnienia z umęczonego Wołynia”, który pozbierał wspomnienia ocalałych.

Kilka dni później, w nocy z 12 na 13 lutego 1945 r. w Puźnikach na Podolu ukraińscy szowiniści pod dowództwem Petra Chamczuka „Bystrego” w bestialski sposób wymordowali kilkadziesiąt Polaków. Rzezi dokonano głównie na bezbronnych kobietach, starcach i dzieciach.

Zaskoczeni zmasowanym atakiem członkowie samoobrony oraz obecni we wsi żołnierze IB podjęli chaotyczną obronę. Zaalarmowana ludność cywilna chroniła się w ustalonych wcześniej jako punkty obrony budynkach takich jak kościół, plebania i inne murowane zabudowania. Inni kryli się w lesie, w głębokim śniegu przykryci białymi prześcieradłami oraz w przygotowanych wcześniej schronach i ziemiankach.

Najwięcej ofiar zginęło w rowie biegnącym przez wieś, w którym znajdowały się jamy mogące służyć za kryjówki. Przy pomocy siekier i bagnetów banderowcy zmasakrowali tam kilkadziesiąt kobiet i dzieci. Nad ranem, po kilku godzinach walk i rzezi, napastnicy wycofali się. Oddział IB z Koropca przybył do Puźnik dopiero około południa.

Według różnych źródeł, z rąk upowców śmierć poniosło od 50 do 120 Polaków, w większości ludzi starszych, kobiet i dzieci. Wielu ciężko rannych zmarło po kilku dniach. Według danych sowieckich spalono we wsi 172 domy mieszkalne, ocalały tylko budynki murowane i kryte blachą.

Pomordowanych pochowano w naprędce zbitych skrzyniach lub owiniętych w prześcieradła w dwóch dołach na starym cmentarzu. Na mogiłach postawiono dwa drewniane krzyże. Ocaleli z masakry pozostali w Puźnikach jeszcze kilka dni w niezniszczonych domach oraz na plebanii, część zaś przeniosła się do Koropca i Buczacza. W czerwcu 1945 r. uciekinierów przesiedlono na tzw. Ziemie Odzyskane, do Namysłowic na Opolszczyźnie i dolnośląskich Ratowic.