Mit o wyzwoleniu kolonistów amerykańskich

Jak zauważa amerykański katolicki działacz i myśliciel Christopher Ferrara w książce „Wolność – bóg, który zawiódł”, nowożytne państwa demokratyczne początkowo postulowały „oświecenie niegdyś zniewolonych mas”. Faktycznie natomiast pod pojęciem „wolności” przemycano ideę władzy „nieuznającej żadnych ograniczeń wpisanych w chrystocentryczny porządek społeczny, bezlitośnie zmiecionych przez fale rewolucji, z których pierwszą była amerykańska rewolucja”.

Skoro o państwie amerykańskim mowa, warto zauważyć, że jego początki ubrane zostały w mit zupełnie odstający od rzeczywistości. Bo oto biedni, uciskani przez brytyjską koronę bogobojni koloniści postanowili zawalczyć o swoje prawa, pokonali tyrana, króla Jerzego i utworzyli wspaniały kraj, w którym wszyscy byli równi i zaprzestano ucisku. Tymczasem to ściema, która jednak funkcjonuje wciąż w powszechnej opinii jako prawda.

Realia nowego demokratycznego państwa

Po pierwsze, wiele razy próbowano wszcząć rewolucję i powstanie przeciwko Wielkiej Brytanii. Skutecznie zrobiono to dopiero w 1775 roku, kiedy to wybuchła tzw. wojna o niepodległość USA, która jednocześnie była buntem przeciwko monarchii... i wierze. Nie mówi się o tym głośno, ale jednym z głównych czynników, który pchnął kolonistów do walki, było rozpuszczenie fałszywej plotki - w którą cała rzesza ludzi uwierzyła - jakoby król brytyjski Jerzy III przeszedł na katolicyzm. Sprzyjała temu tzw. ustawa o Quebecu, która nadała Kościołowi status prawny. Nienawiść wobec Kościoła rzymskokatolickiego była na tyle wielka wśród w większości protestanckich osadników, że przekonało ich to do ryzykowania własnym życiem, by „wyzwolić się” od „tyranii papistów”.

Druga rzecz to status kolonistów. Oczywiście, dotykały ich pewne restrykcje. Natomiast koloniści amerykańscy – o czym, jak pamiętam, w czasie mojej obowiązkowej edukacji w podręcznikach do historii nie wspominano – cieszyli się bardzo wysokimi przywilejami w stosunku do wszelkich innych kolonii. Oczywiście, mowa o białych mężczyznach. Inaczej wyglądała sytuacja kobiet, choć wynika to z ówczesnych czasów, a jeszcze inaczej sytuacja murzynów.

Christopher Ferrara podkreśla, że sami koloniści mieli świadomość, że ich sytuacja jest o wiele lepsza, niż innych mieszkańców ówczesnego świata. Ze względu na ogromną odległość, w praktyce nie trzymała ich feudalna zależność oraz monarsze ograniczenia. Mogli być nawet „najbardziej wolnymi ludźmi w świecie Zachodu”.

Tu warto spojrzeć na podobieństwo do manipulowania prawdą, jak z historią kolejnego demokratycznego państwa, tj. rewolucyjnej Francji. O ile faktycznie chłopi francuscy byli biedni, czego nikt podważać nie zamierza, o tyle pomija się „szczegół”, a mianowicie porównanie do chłopów w innych krajach ówczesnej Europy. O nędzy tychże się nie wspomina. Porównując bowiem chłopa francuskiego do np. chłopa z państw niemieckich czy też w Wielkiej Brytanii, francuski chłop miał całkiem sporą własność. Ale fakt ten źle wyglądałby w zestawieniu z hasłem, że rewolucja francuska była rzekomo „jedynym wyjściem” z „tyranii” francuskiej monarchii.

Nie mówi się też o powstaniach chłopskich spowodowany nieznanymi wcześniej uciskami podatkowymi, „zafundowanymi” przez nowy, demokratyczny, wolny od „królewskiej tyranii” rząd. Jedno z powstań, którym dowodził weteran wojny o niepodległość Daniel Shays, osiągnęło spore rozmiary. I to na tyle wielkie, że trzeba było wysłać całą milicję stanu Massachusetts, by rozbić rebeliantów. Jak pisze Ferrara, Shays, zanim zorganizował powstanie, otrzymał „nagrodę” za „wierną służbę świętej sprawie Wolności”. Nagrodą tą był „wyrok sądowy nakazujący mu zapłacenie zaległych podatków”. W obliczu zagrożenia utraty swojej farmy oraz widząc, że nowa władza – w przeciwieństwie do poprzedniej – nie ceregieli się z egzekwowaniem uznanych przez siebie za powinność należności, ruszył do walki. Żeby było ciekawiej, gdy rebelia upadła a Shays wysłał prośbę o amnestię dla siebie i swoich ludzi, odpowiedział mu inny weteran rewolucji amerykańskiej, Samuel Adams, który był już „szacownym i szanowanym członkiem rady stanu”. Ten, choć przed zwycięstwem rewolucji był zwykłym buntownikiem i – wedle dzisiejszych standardów – terrorystą zastraszającym ludzi oraz stosującym przemoc, w imię wolności ludu oczywiście, teraz sam wzywał, by amnestii nie udzielać. - W monarchiach zbrodnia zdrady i buntu może być wybaczona bądź ukarana łagodnie, ale człowiek, który ośmiela się stawać przeciwko prawu republiki, powinien ponieść śmierć – miał powiedzieć Adams.

Demokracja współcześnie niszczy wolność

Także i współcześnie demokracja staje w opozycji do wolności. Przyznaje to uchodzący za anarcho-libertarianina Hans-Hermann Hoppe (którego ciężko posądzać o sympatię z monarchizmem czy dawnym reżimem). W książce „Demokracja: bóg, który zawiódł” zwraca uwagę, że dawne monarchie, „których władzę ograniczała skomplikowana sieć zadawnionej tradycji i obyczajów, dalece bardziej niż współczesne rządy 'przedstawicielskie' respektowały lokalną samorządność i niezależność osobistą jednostek”. Podkreśla, że dotyczy to nawet tzw. monarchii absolutnych, które o wiele mniej ingerowały w wolność i codzienne życie swoich poddanych, niż obecnie państwa demokratyczne w życie swoich obywateli.

Współcześnie w pełni demokratycznych państwach wolność odbierana jest nienarodzonym dzieciom. W imię opinii i woli większości, prawa rzekomo cywilizowanych, a z pewnością demokratycznych państw, pozwalają na zamordowanie dziecka w imię tysięcy haseł. W wielu państwach znacząco utrudnia się albo w ogóle zakazuje wolności w kwestii posiadania broni palnej i – co z tym związane – skutecznej obrony przed napadem. Polska także jest przykładem takiego państwa, ponieważ w prawie funkcjonuje określenie „obrony koniecznej”, co wprost mówi nam, że w razie napadu na nas nie możemy bronić się „skutecznie”, ale jedynie w granicach subiektywnie wycenionych na „konieczność”, co daje przewagę napastnikowi. Nawet w wyborach nie jesteśmy wolni. Pomijając fakt, że znacząca większość nie zna się na polityce i głosuje wedle rzucanych haseł oraz subiektywnych, nieraz absurdalnych sympatii (pamiętamy chyba materiał sprzed lat w którejś z większych telewizji, w którym ukazywano, że kobiety wolą głosować na Donalda Tuska niż na Jarosława Kaczyńskiego, bo ponoć jest przystojniejszy, prawda?), to realnie nie mamy wpływu na to, co partia i jej członkowie będą robili po wyborach, czy dotrzymają swoich zapowiedzi, w jakie sojusze wejdą, etc.. Natomiast możliwość założenia własnej partii to pusty frazes, ponieważ na zaistnienie w mediach i przekroczenie progu wyborczego potrzebne są fundusze liczone w co najmniej milionach złotych.

Oczywiście, ingerencji w wolność przez demokratyczne państwo jest o wiele więcej. Nie sposób jednak wymienić je wszystkie w jednym tekście, który i tak mi się już wydłużył bardziej, niż przewidywałem.

Na koniec tego rozważania warto przytoczyć Alexisa de Tocqueville, który opisując demokrację widział dwa zagrożenia, które mogą być jej następstwem. Pierwszym była anarchia. Drugim zaś nowa „forma tyranii, jakiej w przeszłości nigdy jeszcze nie było”. Osobiście uważam, że drugie przewidywanie się sprawdziło.



Dominik Cwikła