I tak niemiecki Medonet.pl (portal należący do grupy Onet, któremu trudno zarzucić, że jest „koronasceptyczny”) zauważa na temat sytuacji w Polsce: „Sposób gromadzenia danych dotyczących liczby przebadanych próbek oraz liczby wyników pozytywnych budzi kontrowersje, że względu na fakt, że zmienia się sposób raportowania przez laboratoria wykonujące badania komercyjne”.

Na portalu tym zauważono także, że w oparciu o dane udzielane przez Ministerstwo Zdrowia (a innych de facto nie mamy, od kiedy minister zdrowia zakazał podawania danych przez stacje sanepidu) nie da się określić przebiegu epidemii ani kierunków jej rozwoju. Do powodów tego stanu należy podawanie przez Ministerstwo Zdrowia wybrakowanych danych, jak również sama polityka i metody testowania. Testy nie zawsze są wiarygodne, w dodatku testuje się głównie osoby z objawami, co nie pozwala wyciągnąć wniosków, z jaką skalą zjawiska mamy do czynienia. Eksperci zwracają uwagę na to, że testy są bardzo czułe, a poza tym nie odróżnia się osób zakażonych od chorych. Te pierwsze, choć zaliczane do chorych, chore nie są, a jedynie w ich organizmie odkryto ślady wirusa. Statystyki nie pozwalają na wyciągnięcie innych wniosków, bo, jak się powszechnie wskazuje, wszystko zależy od liczby przeprowadzanych testów. W związku z tym opieranie się przez rząd, np. przy decyzji o restrykcjach, na dziennej liczbie zachorowań, jest totalną pomyłką.

Jeszcze gorzej sprawa wygląda w przypadku stwierdzeń zgonów na COVID-19. Od jakiegoś czasu co prawda uwzględnia się w statystyce, ile osób, które umarły, miały choroby współistniejące. Wciąż jednak brak wielu danych. Na stronie medonet.pl czytamy: „Co wiemy o ofiarach śmiertelnych COVID-19? Niewiele, szczególnie, że od października MZ zrezygnowało z podawania informacji o wieku, płci i miejscu zgonu chorych na COVID-19. Teraz, żeby uzyskać te informacje, trzeba kontaktować się z kancelarią Ministerstwa Zdrowia”. Zdecydowana większość ofiar miała choroby współistniejące i wiązanie ich śmierci z koronawirusem jest kontrowersyjne. Brak szczegółowych sekcji zwłok, a wręcz przeciwnie – szybkie pozbywanie się ciał i uniemożliwianie rodzinie nawet pożegnanie zmarłego – sprawia, że nie wiemy ile jest rzeczywistych ofiar koronawirusa.

To wszystko powoduje, że można domniemywać, iż tak gwałtowny spadek liczby zachorowań na grypę, jaki odnotowaliśmy w Polsce i na świecie, jest jedynie sztuczką statystyczną i po prostu chorych na grypę masowo wpisywano do rubryki chorych na COVID-19. Podobnie jest z resztą z liczbą ofiar śmiertelnych.

Kolejni ministrowie zdrowia, w tym Adam Niedzielski, przekonywali, że obostrzenia związane są z liczbą dziennych zachorowań i rząd będzie się z nich wycofywał, kiedy ta liczba spadnie. Problem w tym, że liczba wykrywanych zakażeń w dużej mierze zależy od polityki zdrowotnej rządu, od zaleceń, kiedy, gdzie i komu dawać testy na COVID-19. Widzimy tu olbrzymie pole do manipulacji i wprost inżynierii społecznej. W praktyce mieliśmy z nią do czynienia, bo rząd nie dotrzymywał nawet własnych planów i obietnic. Przekonywał, że Dni Solidarności i Narodowa Kwarantanna rozwiążą problem koronawirusa, a w istocie tak się nie stało. W dodatku, obostrzenia były wprowadzane nieraz, jak liczba przypadków zachorowań malała, a były zdejmowane, gdy rosła. Pokazuje to wyraźnie, że na pierwszym miejscu zawsze stała polityka i interes rządzących.

Trzecim powodem dla którego liczba 170 mln zachorowań na koronawirusa na całym świecie nie powinna robić na nas takiego wrażenia jest fakt, że według oficjalnych doniesień nawet 80% przechodzi kowida bezobjawowo. Oznacza to, że tacy chorzy nawet tego nie zauważają! 80% ze 170 mln to zaś aż 136 mln. Wśród pozostałych większość przechodzi chorobę łagodnie i bardzo łagodnie. Tylko drobny odsetek pacjentów choruje ciężko bądź nawet śmiertelnie. Wśród nich dominują osoby starsze, osłabione, z kilkoma chorobami współistniejącymi. Są oczywiście pacjenci młodsi i zdrowi, w tym także tacy, którzy umierają, ale statystycznie jest to ułamek.

W liście otwartym polskich lekarzy, naukowców i pracowników służby zdrowia do polskich władz oraz mediów zwrócono uwagę, że największą grupą ofiar koronawirusa byli pacjenci w starszym wieku, 80 lub więcej lat. Większość (70%) zmarłych, młodszych niż 70 lat, cierpiała na inną chorobę np. sercowo-naczyniową, cukrzycę, chroniczną chorobę płuc lub otyłość. Ogromna większość osób zarażonych (ponad 98%) nie miała żadnych objawów lub przechodziła chorobę łagodnie.

Lekarze ci zwrócili uwagę, że nie dość, że COVID-19 powoduje bardzo małą śmiertelność, to jest też mało zaraźliwy. Podkreślili, że na statku wycieczkowym Diamond Princess, który objęto kwarantanną z powodu kilku pasażerów zmarłych na COVID-19, większość pasażerów była w podeszłym wieku i narażona w idealnych warunkach na transmisję wirusa. Jednakże 75% okazało się nie być zarażonymi. Tak więc nawet w grupie wysokiego ryzyka większość osób jest odporna na wirusa.