Zaczynając od tych ostatnich. Obecne wzrosty są wynikiem przede wszystkim tego, że gazu po prostu brakuje. Dotyczy to nie tylko Europy, ale też USA. Generalnie na świecie podczas kowida zmniejszono wydobycie gazu, co było zresztą zrozumiałe w okresie mniejszego zapotrzebowania na tę energię. Teraz jednak bardzo trudno to odbudować. Unia w dodatku, w tym Polska, są uzależnione od gazu rosyjskiego. Tymczasem Rosjanie manipulują dostawami, czekając na zielone światło na otwarcie gazociągu Nord Stream II, który omija Polskę. Gazociąg jest w zasadzie gotowy, więc presja Rosji może szybko doprowadzić do pozytywnych dla nich rozstrzygnięć.

Problemem jest jednak także i to, że Unia w ramach swojego Zielonego Ładu pragnie w najbliższych latach odejść od paliw kopalnych. Już jest gotowy projekt, który uzna właśnie gaz obok energii jądrowej za „zielone” paliwa. Ma być to rozwiązanie tymczasowe, które jednak z pewnością winduje ceny gazu. Walka z węglem musi powodować wzrost cen gazu, który tym bardziej jest poszukiwany. Niestety, polski rząd zgadza się na to. Po pierwsze dlatego, że zgodził się na odejście od paliw kopalnych. Po drugie dlatego, że np. podjął decyzję o przekształceniu niegdyś węglowej Ostrołęki C w gazową.

O ile, Polska ma gigantyczne pokłady węgla, nawet na 250 lat, o tyle z gazem jest dużo gorzej. Obecnie importujemy głównie gaz z Rosji za pośrednictwem gazociągu jamalskiego. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) podaje, że w 2020 r. otrzymywaliśmy stąd aż 60% gazu. To i tak się zmniejsza, bo jeszcze rok wcześniej było to aż 67%. PGNiG ma obecnie także kontrakty na dostawy gazu z Kataru, Norwegii i USA. Dywersyfikacja ta jest możliwa dzięki otwarciu w 2015 roku gazoportu w Świnoujściu. Dzięki temu możliwy jest odbiór gazu drogą morską z różnych lokalizacji na świecie. Kolejnym źródłem gazu z kierunku północnego będzie też Baltic Pipe, którego budowa ma zakończyć się pod koniec 2022 roku. Polska posiada też własne złoża gazu. W 2020 roku w Polsce działały 54 kopalnie gazu ziemnego i ropy naftowej i ponad 2 tys. odwierty eksploatacyjne.

Problem w tym, że w tej sferze jeszcze długo będziemy uzależnieni od Rosji i od zagranicznych źródeł w ogóle. Decyzja odejścia od węgla jest więc w tym wypadku rezygnacją z energetycznej suwerenności, wpędza nas jeszcze bardziej w łapy Rosji i naraża na olbrzymie ceny energii. Te zaś powodują gigantyczną inflację, która przekłada się na biednienie całego społeczeństwa.

Tarcze osłonowe w końcu przestaną działać i może się okazać, że tak podstawowe dobra, jak ogrzanie domu, dla wielu będzie poza zasięgiem. Dopłaty do energii są zresztą rozwiązaniem tylko na chwilę. Korzystają z nich najbiedniejsi, ale ci trochę bogatsi muszą się na nie składać, dopóki sami nie stoczą się do poziomu, w których będą mogli z nich korzystać.

Od dawna chodzą plotki, że rząd chce przedterminowych wyborów i rzekomo zarezerwował już banery na maj, aby przeprowadzać kampanię wyborczą. Niezależnie od tego, ile w tym prawdy, faktem jest, że zwykli ludzie i wielu przedsiębiorców jeszcze się nie zorientowało, co nas czeka. Tymczasem wiele wskazuje na to, że nadchodzą czasy straszliwej nędzy, która jest efektem obłędnej polityki: zamykania gospodarek i przechodzenia na zieloną energię, do czego swój kamyczek wrzuca oczywiście Rosja, wykorzystując sytuację. Rząd powinien jak najszybciej zejść z drogi zielonej transformacji, nawet jeśli będzie to oznaczało opuszczenie Unii Europejskiej.