Franciszek przewodniczył nieszporom z biskupami, kapłanami, diakonami, osobami konsekrowanymi, seminarzystami oraz pracownikami duszpasterskimi w Bazylice Notre-Dame de Québec. Wtedy właśnie powiedział: „To nie wiara przeżywa kryzys, lecz pewne formy i tradycyjne sposoby, przy pomocy których ją głosimy. I dlatego sekularyzacja jest wyzwaniem dla naszej wyobraźni duszpasterskiej, jest okazją do przebudowy życia duchowego w nowe formy, a także do nowych sposobów życia”.

To jedno zdanie pokazuje zaskakujące podejście papieża do obecnego kryzysu w Kościele. Franciszek zdaje się nie dostrzegać, że miliony ludzi porzucają wiarę, a jeśli nawet przy niej zostają, to wierzą wybiórczo, w co chcą, żyjąc często tak jakby Boga nie było. Zdaje się nie dostrzegać, że katolicy tak mało cenią swoją wiarę, że nie postępują według zasad moralnych, które ona nakazuje. Wręcz przeciwnie: zaprzeczają im wprost, opowiadając się za aborcją czy małżeństwami homoseksualnymi.

Dla papieża to, co obserwujemy, to jedynie kryzys jakichś archaicznych form przeżywania wiary. Jest to więc typowy kryzys wzrostu. Jak wąż zrzuca starą skórę, by przyoblec się w nową, tak samo katolicy. Porównanie do węża ma zresztą głębszy duchowy kontekst, bo faktycznie wygląda to na diabelskie tłumaczenie, że oto nie ma się co martwić, bo rodzi się jakiś „wyższy”, „doskonalszy” sposób przekazywania i przeżywania wiary, który zastąpi stary.

Problem w tym, że wspomniana przez papieża sekularyzacja nie niesie nowej duchowości, a jedynie konsumpcjonizm i materializm, u podstaw których leży egoizm. Skoro jednak nie ma kryzysu, to nie ma też powodu mu przeciwdziałać.