Rzadko chwalimy ministra zdrowia, ale tym razem słusznie zauważył: „Przypomnę też rezydentom, że ich specjalizacja też jest opłacana z budżetu państwa. Rezydenci zachowują się natomiast tak, jakby o tym zapomnieli. Każdy z nas ma prawa i obowiązki. Rezydenci zdają się pamiętać tylko o swoich prawach. Niezrozumiały jest dla mnie ich opór przed pracą w szpitalach powiatowych. Skoro płacimy za ich kształcenie, mamy prawo kierować ich na te odcinki systemu ochrony zdrowia, w których są braki. Tym bardziej, że szpitale cały czas kierują do nas postulaty o wsparcie rezydenckie. Mogę tylko powiedzieć: więcej pokory”.

Dziennikarz WP zauważył w reakcji na to: „Lekarz - czy to młody, czy stary - nie jest niewolnikiem. Nie podpisywał kontraktu z ministrem, że będzie robił to, co mu polityk każe. Po ukończeniu studiów ma prawo decydować o swojej dalszej karierze zawodowej tak samo, jak mają prawo decydować informatycy, budowlańcy czy dziennikarze. Oczywiście decyzje wiążą się z konkretnymi plusami i minusami. Nic nie stoi przecież na przeszkodzie, aby ministerstwo stworzyło takie warunki pracy w powiatowych szpitalach, że młodzi lekarze będą się zabijali o miejsca właśnie tam”.

A jednak to minister wydaje się mieć rację w tym sporze. Dlaczego? Dlatego, że po pierwsze, lekarz to nie zawód jak każdy inny. To powołanie i służba. Po drugie, wykształcenie lekarza jest bardzo drogie, a w Polsce się za to nie płaci. Docierają do nas sygnały, że młodzi ludzie idą na medycynę już z przeświadczeniem, że po studiach wyjadą za granicę. Rząd powinien wprowadzić sprawiedliwe zasady. Chcesz wyjechać, oddaj pieniądze za studia albo odpracuj 10 lat w powiatowym szpitalu.