Nowy szef Twittera, Elon Musk, w sobotę zamieścił ankietę z krótkim pytaniem: Czy przywrócić konto byłego prezydenta Trumpa? W ankiecie wzięło udział ponad 15 mln internautów. 51,8 proc. odpowiedziało „tak”.

 

Vox Populi, Vox Dei – skwitował Musk. Konto Donalda Trumpa zostało przywrócone.

 

https://twitter.com/elonmusk/status/1593769469741932544

 

Jednak w momencie pisania tego tekstu jest zamieszanie wokół tej sprawy. Wielu internautów donosi, że musi ponownie wcisnąć „obserwowanie” Trumpa. Na profilu Wojciecha Cejrowskiego pojawiła się również informacja od jego personelu, że mimo ponownego obserwowania konta, subskrypcja znika.

 

Donald Trump przywrócony na Twitter. Wykasowali mu wszystkich obserwujących. Przed chwilą miał ok. 3 miliony nowych i w ciągu kilku minut wzrosło o 300 tysięcy, po czym spadło do zera i zbiera się od nowa. Jak się kliknie "obserwuj", to po chwili wywala. Proszę sobie zobaczyć – poinformował personel Cejrowskiego na Facebooku.

Osobiście nie musiałem ponownie nic klikać i konto byłego prezydenta jest dalej obserwowane. Zapewne więc jest to usterka techniczna ze strony Twittera.

 

Zdawać by się mogło, że wolność słowa rośnie. Przywrócono już m.in. konta Kanye’ego Westa, murzyna i katolika, który sprzeciwia się rasistowskiemu ruchowi Black Lives Matters czy dra Jordana Petersona. Jednak wygląda na to, że Elon Musk wycofuje się rakiem ze swoich wcześniejszych zapowiedzi w kwestii wolności słowa. Dotychczas bowiem przedstawiał się jako absolutysta wolności słowa. Głosił – moim zdaniem słuszną – tezę, że użytkownicy na portalu powinni móc zamieszczać prawie wszystko, za wyjątkiem bezwzględnie złych treści, jak wzywanie do samobójstwa, zabójstwa, pornografii, pedofilii, etc.. Odpowiedzialność za ewentualne łamanie prawa powinna zaś być rozstrzygana na drodze sądowej w konkretnym kraju. Administracja nie powinna w żaden sposób ścigać tzw. mowy nienawiści. Jeśli natomiast ktoś uważa, że tłit uderza w niego lub jego bliskich, idzie do swojego sądu i pozywa autora takich treści.

 

Tyle było wcześniej. Tymczasem Musk zdaje się zamierza złamać swoje deklaracje w tej kwestii. Na swoim koncie zamieścił wpis, który został już usunięty. Jego screen widzą Państwo poniżej.

 

 

Nowa polityka Twittera to wolność słowa, ale nie wolność dostępu. Negatywne/nienawistne tłity będą maksymalnie redukowane i demonetyzowane, więc żadnych reklam ani innego przychodu z Twittera. Nie zobaczycie tłitów, jeśli nie wyszukacie ich bezpośrednio, co nie różni się od reszty Internetu – ogłosił Elon Musk.

 

Dobrym wyznacznikiem tego, czy w danym miejscu jest wolność słowa, jest to, że ktoś, kogo nie lubisz, może powiedzieć coś, co ci się nie podoba. (...) To cholernie irytujące, ale (...) to znak dobrze funkcjonującej wolności słowa – deklarował z kolei w kwietniu Musk. Ponadto wielokrotnie krytykował ograniczanie zasięgów i tego typu praktyki. Jak widać, po dojściu do twitterowego „koryta”, sam zaczyna niemal od razu ogłaszać ograniczenia i zakazy.

 

Pozostaje jeszcze nadzieja, że usunięty wpis to tylko zmyłka dla wielkich zachodnich mediów, które atakują obecnie Muska właściwie za to, że żyje. Jednak jeśli jest to deklaracja poważna, obliczona na „udobruchanie” zachodnich korporacji – swoją drogą Musk musiałby być naiwny sądząc, że to zadziała – to będzie znak, że choć osoby znane i popularne zostaną przywrócone, to nie będą mogły korzystać z portalu na uczciwych zasadach. Z kolei dla zwykłych użytkowników nic się nie zmieni.

 

Byłaby wielka szkoda, gdyby tak się stało. Musk bowiem zmarnowałby ogromny potencjał portalu, który jest jednym z największych portali społecznościowych na świecie. Permanentna wolność słowa według „dawnych” deklaracji wyróżniałaby go zdecydowanie na tle Facebooka czy innych podobnych. Niestety, najbogatszy człowiek świata zdaje się jednak być tchórzem.

 

 

 

Dominik Cwikła

 

Autor jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube