Zaatakowała w ostatni dzień 1978 r. i nie miała sobie równych wiele lat wcześniej i wiele później. Sparaliżowała kraj na tygodnie. Ci, których potężny śnieg złapał w podróży, stracili szanse na powrót do domu. Zamarł ruch autobusów i pociągów, auta osobowe utkwiły na postojach. W radio i telewizji wystąpił premier, udzielając rodzaju urlopu tym, co nie mogą dotrzeć do miejsc pracy. To „wolne” obowiązywało aż dziesięć dni.

O zdarzeniach związanych z tamtym śniegowym kataklizmem opowiadaliśmy sobie jeszcze przez długie miesiące. Niektóre historie bywały zabawne, niektóre dramatyczne, szczególnie te wiążące się np. z koniecznością dotarcia do lekarza. Tony białego puchu rozbiły w puch tysiące zaplanowanych zabaw sylwestrowych, towarzyskich prywatek i wesel. Coś takiego dotknęło naszego kolegę z pracy i jego narzeczoną. Ślub cywilny wzięli w przedostatnim dniu roku w Warszawie, kościelny zaplanowali na sylwestrowe popołudnie w rodzinnej wsi panny młodej opodal Białegostoku. Czekał tam ksiądz i gromada gości. Młodzi i świadkowie mieli dojechać pospiesznym, który ruszał ze stolicy wcześnie rano. Około godzinę drogi od Warszawy zaczęło prószyć, potem sypać coraz gęściej. Pociąg co jakiś czas przystawał, nie radząc sobie ze śnieżycą. Byli około 10 km od stacji docelowej gdy maszyniści w końcu zrezygnowali z jazdy. A czas leciał…Postanowili więc wysiąść i dalej iść pieszo. Panowie przecierali szlak, panna młoda i druhna szły za nimi. Był to wyczerpujący, okropny marsz. Wydawało się, że nigdy nie dojdą, że utkną w śniegu na dobre. Jednak rodzina dowiedziała się, że komunikacja kolejowa na trasie stoi, i wyruszyła na ratunek. Zaprzęgnięto do sań dwa silne konie. Przemoczoną, zziębniętą gromadkę napotkano kilka kilometrów od wsi. Ślub i weselisko odbyły się na czas. Jeszcze po latach oboje wspominali tamten dziwny dzień. Im przyniósł szczęście; doczekali piątki dzieci i do dziś żyją w miłości i zgodzie.

Pamiętam również własne zagrzebanie w śniegu. W przedostatni dzień roku pojechałam do wujka, do leśniczówki pod Częstochową. W lesie było nadal szaro, listopadowo. Tym razem mieliśmy gościć na Sylwestra małe grono przyjaciół z nieodległej wsi. Mieszkali blisko, rowerami najwyżej 20 minut. Jako że zapobiegliwy leśniczy zadbał o niezbędne produkty,mogłyśmy z kuzynką przyszykować ucztę nad ucztami. Stół w udekorowanym kolorowo pokoju uginał się od mięs, ciast i rozmaitych sałatek. A za oknem sypało, sypało i sypało. Po południu zaczęło przygasać światło. Cóż, nie pierwszy raz coś się na linii psuło. W końcu byliśmy w lesie. Wuj tkwił z nosem w telewizorze, starając się cokolwiek zobaczyć na migającym ekranie i co rusz przynosił nowe wiadomości. Polska zasypana! Komunikacja stoi! Wysiadły linie energetyczne. Szpitale pracują na generatorach. Klęska!

Mimo to humor dopisywał. Przecież wkrótce zjawią się przyjaciele i wspólnie przejdziemy w nowy rok. O siódmej wieczorem ogarnął nas niepokój. Gości ani śladu. W dwie godziny potem byliśmy już pewni, że nie dojadą. Musiało potężnie zasypać okolicę,do tego światło ostatecznie zgasło. Uczta przy świecach miała swój urok, choć chwilami ogarniał smętek. Tyle zachodu na nic. O północy leśniczy wszedł na piętro, otworzył okno i kilkakrotnie wystrzelił z fuzji w zaśnieżone nieustannie niebo. Tak powitaliśmy Nowy Rok 1979. Z nadzieją, że będzie jednak lepszy. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że przyjdzie nam poczekać na to długie dziesięć lat.

Z lasu udało nam się wygrzebać dopiero po ośmiu dniach.