W rozdziale „Bezwzględnie okrutne maleństwa czyli światowa epidemia” Andrzej Olejnik barwnie opisał pacjenta zero, który dobę po powrocie z Azji do Polski „będzie trupem. Wielkim workiem gotujących się we własnej krwi i osoczu komórek. Ratownicy medyczni zbaranieją na widok mężczyzny o przekrwionych białkach, który na ich oczach niemalże wypluje własne płuca. Gdy zacznie krwawić z oczu, uszu, nawet spod paznokci, może instynkt samozachowawczy jednego z nich podpowie, że coś bardzo nie jest OK. Zespół reanimacyjny zabierze pacjenta do najbliższego szpitala, ale ten, nim trafi na OIOM, umrze w karetce niemalże utopiony we własnej ślinie, śluzie, krwi i moczu. (…) Nim jednak martwego mężczyznę pokroi patolog w poszukiwaniu

przyczyn zgonu, do szpitala na sygnale przywiozą dzieci i żonę tego pechowca. Nie przeżyją kolejnej doby (…) zmutowany, nieznany nauce wirus rozpocznie krwawe żniwa. Po trzech latach od tego momentu świat, jaki oglądamy, cywilizacja, jaką pamiętamy, przestaną istnieć. Umrze 6,9 miliarda osób. Te sto milionów, które przeżyje, będzie rozproszone po całym świecie. I skazane na zagładę”.

 

Andrzej Olejnik w swojej książce przypomina, że „w latach 1899–1976 sama tylko ospa prawdziwa zabiła na świecie 500 milionów osób. Grypa hiszpanka w szczytowym okresie epidemii wywołanej

zmutowanym wirusem grypy A1H1 zaraziła blisko jedną trzecią populacji, a zabiła łącznie około 100 milionów osób. Dżuma, kojarzona głównie ze średniowieczem, w 1855 roku w samych tylko Chinach i Indiach pochłonęła co najmniej 25 milionów ofiar. W całym XIX wieku cholera uśmierciła na planecie około 45 milionów osób. Podczas podboju Rosji przez wojska Napoleona Francuzi padli ofiarą tyfusu. Zmarło wtedy blisko 400 tysięcy żołnierzy. W latach 1500–1600 przywleczone przez konkwistadorów odra, tyfus i ospa niemalże wyludniły Amerykę Łacińską i Południową. Zginęło 95% populacji Inków, 45% Azteków, 80% Majów. Ofiar nie liczono. Było ich przynajmniej 20 milionów. Przeniesiona z Chin do średniowiecznej Europy dżuma w połowie

XIV wieku zabiła połowę ludności kontynentu. Do dzisiaj nie możemy ustalić liczby ofiar. Niektóre szacunki podają nawet 200 milionów. Nie był to jednak jej pierwszy raz. W latach 541–542 tak zwana dżuma Justyniana swoim zasięgiem objęła de facto większość ówczesnego cywilizowanego świata. Oszacowano, że zmarło co najmniej 100 milionów osób, w tym około 60% mieszkańców Europy. W samym tylko Konstantynopolu umierało 5 tysięcy osób dziennie. W 430 roku n.e. w ateńskim Pireusie zaczęła się tajemnicza epidemia. W ciągu czterech lat właściwie wyludniła Ateny, jej ofiarą padł nawet sam słynny Perykles. Z opisów Tukidydesa możemy przypuszczać, że był to dur brzuszny. Od 1978 roku, gdy stwierdzono pierwszy przypadek, aż do 2018 roku, AIDS zabiło na świecie 35 milionów osób (około miliona rocznie). W samej tylko Afryce nosicielami wirusa HIV jest prawdopodobnie 25–27 milionów osób, na świecie dodatkowo jeszcze około 10 milionów.

Po uwzględnieniu różnych zmiennych z całej potwierdzonej piśmiennie historii ludzkości można przyjąć, że w przeciągu ostatnich około 6000 lat wszelkie choroby zakaźne, czy to wirusowe, czy bakteryjne, zabiły łącznie blisko 4–4,5 miliarda ludzi”.

 

Jak informuje Andrzej Olejnik „w 2017 roku WHO (World Health Organization – Światowa Organizacja Zdrowia), sporządzająca coroczny raport o zagrożeniu epidemiologicznym, podając listę najbardziej niebezpiecznych patogenów, po raz pierwszy wpisała na nią – obok gorączki krwotocznej krymsko-kongijskiej, wirusa Ebola, Marburg, MERS, SARS, nipah, zika, gorączki krwotocznej Lassa oraz gorączki doliny Rift – nieistniejący patogen. Nazwała go „chorobą X”, chcąc w ten sposób zwrócić uwagę na ekspansję jeszcze nieznanych wirusów i bakterii. WHO założyła bowiem, że tylko kwestią czasu będzie pojawienie się nowej, nieuleczalnej choroby

i że państwa oraz rządy powinny się na taki scenariusz przygotować”.

 

Czytelnicy dowiedzą się z książki „Armagedon. Scenariusze końca świata” Andrzeja Olejnika, że „wirusy, wedle dostępnych dzisiaj definicji, nie są organizmami żywymi. Nie rozmnażają się (tylko namnażają, a to duża różnica) i nie metabolizują. Z chemicznego punktu widzenia to po prostu fragment kodu genetycznego w opakowaniu z białek nazywanym kapsydem. Wirus ma się dostać do organizmu i zacząć namnażać. Niszczy w ten sposób komórki i wywołuje reakcję układu odpornościowego. Czasem da się go pokonać, czasem nie. Te najbardziej zabójcze to filowirusy (na przykład Ebola czy Marburg). Można się nimi zarazić tylko i wyłącznie poprzez kontakt z płynami ustrojowymi. W teorii przy zachowaniu wszelkich środków bezpieczeństwa zakażenie się jest trudne, praktyka pokazuje coś zupełnie innego. Nie mniej groźne są dwa koronawirusy: SARS i MERS. One atakują płuca, wywołując tak zwany zespół ostrej niewydolności oddechowej. Na początku wydawało się, że obydwa wirusy przenoszą się drogą kropelkową, ale dzisiaj nie wyklucza się możliwej transmisji poprzez płyny ustrojowe. Nawet te najbardziej „zwykłe” i „popularne” wirusy grypy, czyli rotawirusy, mogą być śmiertelnie groźne, bo do tej

grupy zaliczamy wszystkie ptasie i świńskie grypy”.

 

Jan Bodakowski