Wszystko zaczyna przybierać makabryczny charakter, gdy zdarza się tragedia. Tak było po katastrofie smoleńskiej, gdy Tusk ze swoją ekipą w lęku przed odwetem PiS-u, zastosował żenujący atak. Stąd te haniebne happeningi pod Pałacem Prezydenckim.

Teraz gdy w tragicznych okolicznościach zginął prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, opozycja znów na fali walki z „mową nienawiści” ruszyła do ataku. Już w kilka godzin po mordzie dokonanym przez recydywistę psychicznie chorego, pojawiły się opinie, że był to mord polityczny. Takie rewelacje lansował Bogdan Borusewicz, Bartłomiej Sienkiewicz, Kazimierz Marcinkiewicz. Dzień po zabójstwie Adamowicza, Donald Tusk był obecny na gdańskim wiecu. Jako duchowy spadkobierca po zamordowanym prezydencie, nawoływał”: „Chcę ci dzisiaj, kochany Pawle, obiecać, w imieniu was wszystkich gdańszczan, Polaków i Europejczyków, że dla ciebie i dla nas wszystkich obronimy nasz Gdańsk, naszą Polskę i naszą Europę przed nienawiścią i pogardą, przyrzekam ci to”.

Wiatru w żagle nabrali także dziennikarze z prasy liberalno-lewicowej. Prym wiedzie w tym jak zawsze „Gazeta Wyborcza”, ogłaszając, że doszło do mordu politycznego i rozpuszczając mylne informacje, jakoby Stefan W. zabił, bo w zakładzie karnym oglądał TVP info. W rzeczywistości karmił się wiadomościami polsatowskimi i tvnowskimi. Ewa Siedlecka na łamach „Polityki” nawołuje: „Nie pozwólmy sobie związać rąk naszą przyzwoitością”.

Nie lepiej jest z prasą zagraniczna. Brytyjski do tej pory wyważony „Financial Times” w związku ze śmiercią prezydenta Gdańska podżegnuje do jeszcze bardziej zaciętej wojny w Polsce. Tak samo robi prasa niemiecka. W „Suddeutsche Zeitung” można przeczytać, że przyczyną zabójstwa była „silna polaryzacja polskiej sceny politycznej i klimat agresji, za który odpowiedzialność ponosi przede wszystkim prawica”. „FrankfurterAllgemeine Zeitung” przedstawił Pawła Adamowicza jako nieskazitelnego bohatera walczącego w obronie demokracji, prześladowanego przez prawicę. Taką samą narrację przyjął prezydent Poznania, który oświadczył, że winę za tragedię ponosi Jarosław Kaczyński i zapowiedział w szkołach wprowadzenie lekcji o mowie nienawiści, oczywiście wiadomo z jakim podtekstem.

PiS w tej sytuacji zachował się wzorowo. Mateusz Morawiecki nawet wysłał specjalny samolot po wdowę do Londynu. Spotkało się to zresztą z falą krytyki wśród Polaków. Prezes PiS-u ogłosił, że partia nie będzie wystawiać żadnego kandydata w wyborach prezydenckich w Gdańsku, A premier nie wprowadził swojego komisarza i oddał tę funkcję w ręce zastępcy Adamowicza Aleksandrze Dulkiewicz.

W zamian za to prezydent Polski i premier podczas pogrzebu zostali posadzeni w bazylice Mariackiej w piątym rzędzie, w tyle za byłymi prezydentami i ich małżonkami. Teraz wdowa po prezydencie opowiada na łamach „Newsweeka”, jak to nie życzyła sobie ich obecności i chciała, aby tak usiedli, aby nie musiała się spotykać z ich spojrzeniami. Ciekawe, dlaczego nie mogła tego powiedzieć wcześniej, a nie teraz w wywiadzie ustosunkowywać się do tego. W ogóle Magdalena Adamowicz wykazuje tuż po śmierci męża dziwną aktywność medialną. Odwiedziny gazety Tomasza Lisa nie są jedyne. Wcześniej wyraz swojej niechęci politycznej do obozu władzy i obciążania ich winą za śmierć męża wyrażała w TVN24. Przytomnie zachował się jedynie brat tragicznie zmarłego prezydenta, mówiąc, że nie widzi powodu, aby winą za śmierć brata obciążać TVP i mowę nienawiści. Zdrowy rozsądek zachował także Andrzej Rzepliński, mówiąc, że „ to nie był mord polityczny. To był mord człowieka, który chciał wejść do historii”.

Wszystkie działania opozycji z walką z mową nienawiści mają stworzyć sytuację, w której to PiS ponosi moralną winę za gdańską tragedię. I takim przekazem będą nas teraz karmić. Trzeba także uważać, aby tropienie mowy nienawiści nie przerodziło się w cenzurę i by dyskurs polityczny nie przybrał jednolitych miałkich treści. Warto uważać, aby w stosowaniu poprawności politycznej nie wylać dziecka z kąpielą.