- Wyrażam swoje zaniepokojenie między innymi językiem używanym w stosunku do amerykańskiego filantropa pochodzenia węgiersko-żydowskiego George'a Sorosa. To musi się skończyć.

 

- poszalała ze swoją opinią Marie van der Zyl w rozmowie w trakcie spotkania z podsekretarzem stanu w kancelarii premiera Węgier. Broniąc jednego z najgorszych żydowskich geszefciarzy ostatnich czasów. A sama jej opinia jest zaprzeczeniem wolności słowa. Chociaż akurat dla Żydów i sterowanych przez nich szabesgojów „wolność słowa” oznacza mniej więcej tylko tylko, że mają prawo obrażać i szydzić ze wszystkich innych nacji i religii, ale jeśli ktoś użyje w rozmowie nawet słowa „Żyd” to jest to antysemityzm i mowa nienawiści. Taka przypadłość jednostronnej wyższości nad gojem, który jest niczym. Cóż jak widać od jakichś czterech tysięcy lat jest to dla pewnej nacji z Bliskiego Wschodu kompletnie niewyleczalne.

 

Jednak pan Vince Szalay-Bobrovniczky nie pozwolił sobie w kaszę dmuchać i nie zachował się jak polscy politycy na żałosnej, antyirańskiej i antypolskiej konferencji, którą sobie zrobiły w Warszawie Waszyngton i Tel-Aviv. I w kulturalny, dyplomatyczny sposób kazał im spadać na drzewo. Ujmując to dyplomatycznie, żeby zajęła się swoimi sprawami w związku z zarzutami o antysemityzm.

 

- Ostro odrzucamy zarzut antysemityzmu skierowany pod adresem węgierskiego rządu i premiera Viktora Orbana. Widzę tylko politycznie umotywowane kłamstwa. Wyraźnie odrzucam każde twoje oskarżenie dotyczące naszych deklaracji pod adresem Sorosa. Soros organizuje nielegalną migrację do Europy, a tym samym podważa bezpieczeństwo europejskie i bezpieczeństwo społeczności żydowskich na naszym kontynencie. To stanowi dla nas problem. Jest mi bardzo przykro z powodu tych Żydów, których udajesz że reprezentujesz (...). Z należnym szacunkiem, zajmij się swoimi sprawami, a my nie będziemy ingerować w twoje.

 

- napisał między innymi w swoim piśmie węgierski dyplomata. Co w języku dyplomacji można przełożyć jedynie na "spadaj na swoje drzewo"

 

Cóż nie spotkało się z zachwytem prominentnej Żydówki z Wielkiej Brytanii. Cytowane przez theguardian.com. omówienie ubiegłotygodniowej rozmowy pojawiło się na stronie internetowej organizacji Izby Deputowanych Brytyjskich Żydów. Potem na tej samej stronie pojawił się list węgierskiego dyplomaty wraz ze stosownym komentarzem.

 

- Jestem zaskoczona i rozczarowana otrzymaną odpowiedzią. Wezwałam węgierski rząd,

aby wziął pod uwagę jasne, ale konstruktywne komentarze. Węgry znów mogą być krajem, który traktuje węgierskich Żydów i inne mniejszości z godnością i szacunkiem, który wszyscy musimy mieć dla wszystkich

 

- stwierdziła Marie van der Zyl. Szkoda, że się przy tym nie rozpłakała, niczym niewinny Netanjahu na ramieniu Mike’a Pompeo, gdy wspomniał mu o złych Polakach co nie chcą setek miliardów dolarów oddać za braci w wierze pana premiera.

 

Cóż jak widać są jeszcze na świecie i nawet w zlewaczałej, zdziecinniałej i dziadowskiej Europie kraje i politycy, którzy potrafią zachować cochones. I potrafią się zachowywać z godnością. To jest coś takiego, czego nie mają ani politycy partii rządzącej, ani opozycyjnych. To zdolność do szanowania samego siebie, nie robienia z siebie ściery w imię politycznych mrzonek i fantasmagorii, z których powinien wyrosnąć średnio rozwinięty sześciolatek, a nasz Sejm, Senat, Kancelaria Prezydenta i Premiera dalej w nich tkwią. Cóż taki kraj. Bez przyszłości. Tak więc, jeśli masz jakąkolwiek własność, coś więcej, niż koszulę na plecach to uciekaj na Węgry, albo do Czech. Oni w przeciwieństwie do Polski choć cztery razy mniejszymi, są krajami poważnymi. I tak łatwo jak my okraść się nie dadzą.